• Dołączył(a): 1 grudnia 2018
  • 8

    "Harley Quinn" idealnie balansuje między bardzo sensownym (trochę trafnych spostrzeżeń w kwestii toksycznych relacji, ale też konkretnej przyjaźni i trzymania się razem) dramatem oraz autentycznie zabawną (i "naturalnie" wulgarną) komedią. Dawno nie widziałem serialu z podobnym gronem barwnych postaci, które miałyby tak fajnie rozpisane relacje. Obsada głosowa jest absolutnie kapitalna. Całe szczęście, że na kolejny sezon nie będzie trzeba długo czekać!

  • 8

    W pewnych kwestiach odrobinę bije łopatą po głowie, a bohaterom zdarza się wypowiedzieć na głos o dwie oczywistości za dużo. Ale poza tym to przede wszystkim bardzo dobra historia opowiedziana z gracją i pewnością, których mógłby pozazdrościć niejeden bardziej doświadczony twórca. "Motherless Brooklyn" jest kryminałem bardzo klasycznym, ale nie schematycznym, niespiesznie odsłaniającym kolejne karty, co w połączeniu z ciekawym soundtrackiem i genialną obsadą tworzy rewelacyjny klimat. Moje kino.

  • 7

    Popisówa Deakinsa, jak bardzo za resztę dorobku bym go nie uwielbiał, niestety nie działa tu za dobrze. Mastershoty są super, wiadomo, ale jak ze wszystkim, i w tej kwestii można przesadzić - i tak właśnie tu jest. Prowadzenie tej historii wyłącznie długimi ujęciami (udawanymi zresztą, co potrafi wybijać z filmu, bo dobrze wiadomo, gdzie są cięcia) kompletnie nie służy narracji. Oczywiście niemniej "1917" to wciąż imponujące dokonanie i solidny film, a świetny MacKay niesie go na swoich barkach.

  • 7

    "Bombshell" niestety traci całkiem sporo na podzieleniu czasu ekranowego pomiędzy trzy bohaterki. I tak nie udało się do końca zarysować szerszego obrazu przedstawianego problemu, a poszczególne wątki tracą część wydźwięku, który każdy z nich mógłby spokojnie osiągnąć, gdyby stanowił główną oś opowiadanej historii. Świetna Margot Robbie i bardzo dobry (odpowiednio obrzydliwy, jeśli można tak napisać?) Lithgow, reszta obsady raczej przeciętnie.

  • 9

    Waititi wciąż to samo: perspektywa chłopca i relacja z rodzicem prowadząca do zrozumienia świata i swojej roli w nim, dramat skryty pod bardzo cienkim płaszczem komedii... Po raz kolejny - mimo powtarzających się (choć to też tylko pozornie) motywów - jest to jednak historia oryginalna i, co więcej, bardzo poruszająca. U Taiki w gruncie rzeczy powtarza się jedynie kapitalny poziom i kreatywność projektów oraz fakt, że jest jednym z najlepszych twórców opowiadających po prostu o ludziach.

  • 7

    Scenariuszowo straszna tutaj cienizna - aż dziwne, że ostatecznie wyszło z tego aż dwie i pół godziny materiału. Co jeszcze dziwniejsze, zaskakująco solidnego i interesującego, bo realizacja przykrywa tu scenopisarskie niedociągnięcia. Mangold prowadzi historię klasycznie, ale raczej bez większych potknięć, poziom aspektów technicznych nie schodzi poniżej dobrego, a Bale i Damon budzą tyle szczerej sympatii dla bohaterów, że choćbym chciał, nie mogę koniec końców powiedzieć za dużo złego.

  • 7

    Abrams próbuje zrobić zdecydowanie za dużo zarówno jak na możliwości filmu, jak i na swoje możliwości i koniec końców wychodzi z tego stojący w rozkroku niezły bałagan. Ale wciąż, to jednak taki "mój" bałagan. Z niektórymi rozwiązaniami fabularnymi mam problemy, ale przynajmniej większość z nich służy jednak postaciom - które absolutnie kocham - więc w ostatecznym rozrachunku są akceptowalne. Niemniej, "The Rise of Skywalker" to dość dziwny film zwieńczający jeszcze dziwniejszą trylogię.

  • 7

    "Once Upon a Time ... in Hollywood" to wspaniała widokówka z Los Angeles lat 60. ubiegłego wieku, zmiksowana z Tarantino jadącym na mocnym (w sumie jednym z najmocniejszych) Tarantino i muszę przyznać, że świetnie się to pochłania w kinie. Niemniej, nie jest to dobry film - rzeczy zasadniczo po prostu się tu dzieją, bohaterowie są i najwięcej przechodzą w czasie, kiedy nie ma ich na ekranie przez pół roku, a finał (mimo osadzenia na twarzy wielkiego uśmiechu) pojawia się tu kompletnie znikąd.

  • 6

    "Unbreakable" jest doskonałym dowodem na to, że M. Night Shyamalan potrafi wpadać na bardzo dobre pomysły, na których solidną realizację brakuje mu jednak talentu i/lub pokory. Albo zwyczajnie nie umiał dobrze poprowadzić naprawdę inteligentnej historii, którą napisał, albo zdając sobie sprawę z jakości materiału, popadł w stanowczo zbyt wielki samozachwyt. Grunt jednak, że na skutek jednego lub drugiego otrzymujemy dość prosty, ale przesadnie patetyczny, przedramatyzowany i pretensjonalny film.

  • 4

    Naprawdę dobrze się ogląda szarżującego McAvoya, a świadomość tego, że istnieje twórca, który może przedstawić swoją wizję od A do Z dokładnie tak, jak chce, nastawia naprawdę optymistycznie do całego przemysłu filmowego. No ale to jedna z bardzo niewielu zalet "Glass", koszmarnie zrealizowanej produkcji, opartej na wizji... Zwyczajnie głupiej i niemającej nic interesującego do powiedzenia - mimo że nawet z tych ochłapów sensownej historii dałoby się wyciągnąć kilka ciekawych wniosków.

  • 2

    Okropna mieszanka prawdopodobnie wszystkich pomysłów, które kiedykolwiek ktokolwiek zaproponował, a z których większość nie jest nawet dobra - o oryginalności, świeżości czy sensowności nawet nie mówiąc. Od bohaterów pozbawionych charakterów i motywacji (najlepszą próbą zarysowania których są tu ekspozycyjne dialogi o przeszłości postaci - najczęściej oczywiście wspólnej) bardziej obchodzą mnie kamienie z polnej drogi. "Hellboy" jest nudny i nie nadaje się nawet do ironicznego oglądania.

  • 3

    Nie tak źle - choć ciut banalnie - na początku i naprawdę dobrze - choć nie tak subtelnie, jak mogłoby być - na końcu... Ale poza tym "Toni Erdmann" ma jeszcze jakieś środkowe dwie godziny, w ciągu których nie dzieje się absolutnie nic ważnego czy angażującego. Wszystkie wydarzenia pozbawione są jakiegokolwiek wpływu na fabułę, bohaterów lub relacje między nimi. Gdyby to wywalić, film tylko by zyskał, bo nie rozwadniałby poruszanych kwestii, no i nie męczyłby metrażem.

  • 7

    Seans "Endgame" był dla mnie jednoczeście satysfakcjonujący i rozczarowujący - jak dziwnie by te dwa określenia obok siebie nie wyglądały. To bardzo dobry film i świetna rozrywka, jednak momentami bardzo oczywista przez nadmierny fanservice i miewająca problemy z tempem. Opowieść ładnie domyka pewne wątki, ale prawie w ogóle nie zaangażowała mnie emocjonalnie, ponieważ jej ton właściwie co chwilę się zmienia. Większość aspektów naprawdę tu gra, ale... Niekoniecznie obok siebie.

  • 7

    "Kapitan Marvel" zdecydowanie różni się od tytułowej bohaterki, tak nieprzeciętnej, niezłomnej, charakternej i nierzadko złośliwej, a empatycznej i od razu dającej się polubić postaci potrafiącej się postawić oraz odnaleźć i wyrazić swoją siłę bez względu na sytuację, w jakiej zostaje postawiona - film zrealizowany jest dobrze, poprawnie i solidnie, ale w gruncie rzeczy bardzo bezpiecznie i właściwie nie podejmuje żadnego ryzyka. Mimo tego seans oczywiście jest przyjemny, ale nie oferuje więcej.

  • 7

    Bardzo ładna i zgrabnie poprowadzona historia, choć trzeba przyznać, że nie jest ani trochę odkrywcza czy oryginalna. Niemniej to porządna, poruszająca opowieść o niespełnionej miłości, żalu i stracie oraz (oczywiście) starości. Okazuje się, że koniec końców najmniej interesującymi i, co więcej, najmniej potrzebnymi elementami są Hitler oraz Wielka Stopa, ponieważ tu liczy się tylko bohater, który nie musi podążać fantastycznymi ścieżkami, by pokazać swoje wnętrze.

  • 8

    Pomysłowy i efektowny, skutecznie łączący najróżniejsze style animacji w obłędną i przepiękną całość. Nie cały czas szaleje tak bardzo, jak by mógł i popada w oczywiste rejony, ale ponieważ świadomy jest właściwie wszystkich swoich zalet oraz (bardzo niewielu) wad i cały czas kombinuje, bawiąc się konwencją, zupełnie to nie przeszkadza. Podpisuję się rękami, nogami i czymkolwiek jeszcze się da pod każdym zdaniem określającym "Uniwersum" mianem najlepszego filmu o Spider-Manie.

  • 6

    Historia ma potencjał na naprawdę ciekawą opowieść, którą Eastwood potrafiłby przekazać, a do tego zaangażowano pierwszoligowych aktorów, muszących tylko zrobić swoje, żeby wyszło solidnie... Ale przeplatanie epok zamiast skupiać uwagę, potrafi dezorientować, przez co i tak trwający dobrze ponad dwie godziny film jeszcze trudniej przełknąć, a aktorzy się sprawdzają, ale przez koszmarną charakteryzację na ich postarzone wersje nie da się patrzeć.

  • 8

    Przez wszechobecne zachwyty "Roma" niestety nie zdołała do końca sprostać moim oczekiwaniom, ale snucie się z Cuarónem za jego bohaterkami było bez względu na wszystko czystą przyjemnością. Bo do czynienia miałem z tak dobrą i szczerą historią, opowiedzianą w tak prosty i bezpretensjonalny, a piękny sposób, że nie chciałem, aby się skończyła. Pod względem technicznym to oczywiście absolutne arcydzieło.

  • 8

    Bardzo dobrze napisana historia, którą Lanthimos prowadzi z taką gracją, że nie może się potknąć. Olivia Colman, Emma Stone i Rachel Weisz dają tu doskonałe popisy umiejętności aktorskich, a poza zdjęciami, które choć przez większość czasu są na naprawdę wysokim poziomie momentami wybijały mnie zupełnie z filmu, wszystko - od muzyki przez scenografię i kostiumy aż po oświetlenie - robi rewelacyjną robotę.

  • 6

    O kolejne punkty doskonale znanych schematów obija się tak mocno, że momentami przewidywalność może zaboleć, ale przy tym "Piotruś Królik" pozostaje niesamowicie uroczą i (choć nie wszystkie żarty działają, a czasem wywołują raczej zdumienie niż śmiech) naprawdę zabawną, zrealizowaną z ogromnym wkładem serca opowieścią z może i oczywistym, jednak wciąż ważnym przesłaniem. Poza tym warto obejrzeć choćby dla tych wszystkich aktorów, którzy się tu pojawiają.

  • 6

    Niepotrzebne tu aż trzy wątki - należało skupić się na jednym, obrać jeden kierunek i poprowadzić film w spójnym tonie (jeśli miałaby to być pełna satyra, najlepiej oczywiście wziąć się za postać Braciaka i pokazać funkcjonowanie Kościoła jako instytucji). Tymczasem Smarzowskiemu wkradł się do "Kleru" chaos i mometami reżyser nie jest w stanie zapewnić filmowi odpowiednich środków do opowiadania historii na podstawowym poziomie i bywa, że narracja zupełnie się rozdjeżdża.

  • 4

    "Pręgi" zamiast budować swoją wartość, niestety cały czas starają się jedynie przekonać widza, iż ją mają - i to jeszcze nie wiadomo jak ogromną. Ten film to obrzydliwie pretensjonalna wydmuszka, która nawet nie umie w przekonujący sposób przedstawić opowiadanej historii, będącej notabene zbitkiem niepowiązanych wydarzeń, które pokazane w odwrotnej kolejności miałyby dokładnie tyle samo sensu. Do całej nieporadności dołożyć trzeba grę aktorów, która jest momentami tak przerysowana, że śmieszna.

  • 8

    Pod całą tą doskonałą, angażującą uwagę i myśli widza otoczką absurdu kryją się wspaniale i szczerze proste wnioski, do których droga jest na tyle dziwna, że nie można tak po prostu z niej zejść Kino powstało właśnie dla takich wyjątkowych i nieszablonowo prowadzonych opowieści. Oryginalności "Człowieka-scyzoryka" dopełnia fantastyczna - ponownie tak prosta, a tak absurdalna i dziwna - muzyka oraz naprawdę dobre kreacje Paula Dano i Daniela Radcliffe'a.

  • 8

    Interesująca, cały czas trzymająca uwagę widza i jednocześnie wodząca go zwinnie za nos intryga jest zrealizowana z takim polotem, że nie trzeba było niczego więcej, aby "Żądło" było dobrym filmem. Zabawa jednak na tym się nie kończy, bo całość w równym stopniu oparta jest na świetnym klimacie lat 30. ubiegłego wieku, rewelacyjnych wymianach zdań i oczywiście doskonałym duecie Redforda i Newmana. I szczerze mówiąc, trudno mi tu nie westchnąć z sentymentem, że kiedyś to było.

  • 7

    W gruncie rzeczy nie robi co prawda z własnym konceptem nic wielkiego, jest raczej wtórny, przewidywalny i dość naiwny... Ale jednocześnie jest w nim tyle serducha, że nie mógłbym się w nim nie zakochać! Powrót do świata Milne'ego był dla mnie równie fascynujący i satysfkacjonujący, co dla Christophera Robina, a mimo wszystko chyba głównie o to chodziło. Ewan McGregor jest tu rewelacyjny i dopełnia pięknego, nostalgicznego dzieła perfekcyjnie oddając zwykłą, najprostszą dziecinną radość.

  • 6

    W gruncie rzeczy to całkiem przeciętny thriller, ale jednak dość poprawny, solidny i trzymający w napięciu. Zdecydowanie zbyt dużo czasu poświęca na przekonywanie widza o nadprzyrodzonych zdolnościach i zabawę w "jeszcze nie powiem ci wszytskiego", a końcowe powiązanie z "Niezniszczalnym" może chyba tylko rozbawić. James McAvoy jest wybitny w swojej roli - a właściwie rolach, bo jest na tyle dobry, że istotnie gra więcej niż jedną postać - a Anya Taylor-Joy też wypada dobrze nawet obok niego.

  • 7

    Choć z początku McGuigan kreuje opowieść za bardzo na podobieństwo serialowego "Sherlocka", przy którym też maczał palce i trochę bałem się o kierunek, w jakim to wszystko podąży, a do finału można mieć naprawdę wiele zarzutów (wśród których na pierwszym miejscu z całą pewnością znajdą się potraktowanie potwora jako bezmyślnej masy i fakt, że wygląda jak ulepiony z ziemi kloc), generalnie "Victor Frankenstein" jest ciekawą reinterpretacją legendy, która na pierwszym miejscu stawia relację.

  • 5

    No co jak co, ale zrobić film przygodowy o piratach w klimatach fantasy, który będzie nudny... Moim zdaniem to już jest naprawdę sztuka. Przez ponad dwie godziny przepełnione akcją i żartami, "Zemsta Salazara" angażuje jedynie w dwóch, może trzech momentach, a bawi jeszcze rzadziej. Nowi członkowie obsady (i Geoffrey Rush) sprawdzają się dobrze, ale wszystkie ciepłe uczucia i tak zabija koszmarny, lecący na jednej nucie Johnny Depp, na którego nie da się patrzeć.

  • 7

    Solidnie zrealizowany i poprowadzony, ale przede wszystkim jednak naprawde bardzo dobrze napisany thriller, w którym to intryga i bohater, nie akcja, stoją na pierwszym miejscu. Tylko Harrisona Forda, mimo dobrej gry, tak jakoś średnio widzę jako Jacka Ryana - trudno powiedzieć, czy to po prostu zbyt opatrzona twarz, czy jednak trochę zbyt dużo tu charyzmy à la Bond jak na tę specyficzną w swojej normalności i przeciętności postać.

  • 8

    Są tu oczywiście, jak zawsze w przypadku podobnych zbiorów, nowele lepsze i gorsze, ale w gruncie rzeczy wszystkie i tak są dobre - nie mogło zresztą być inaczej, skoro za wszystkie odpowiadali Coenowie. Całość spaja wspólny (dość przygnębiający w swojej prawdziwości) motyw - ulotność i błahość ludzkiego życia - ale każdy z segmentów cały czas pozostaje wyjątkowy. No i "Ballada o Busterze Scruggsie" to kolejna technnicza perełka braci. Szkoda, że nie można było obejrzeć w kinie.

  • 4

    Nie oglądałem w życiu zbyt wielu musicali, ale na szczęście dotąd żaden z nich nie nazywał się "Mamma Mia! Here We Go Again" i nie zniechęcił mnie do gatunku. Bo ten by zniechęcił. Nie widziałem jeszcze żadnego musicalu tak bardzo bez pomysłu na siebie i zrealizowanego bez jakiegokolwiek polotu w aż takim stopniu. Postaci nie mają charakterów ani nie wyrażają prawie żadnych emocji - mimo że konwencja pozwala wszystko wykrzyczeć widzowi w twarz! Prawie dwie godziny męczarni.

  • 8

    Jest jeszcze lepszy i jeszcze bardziej uroczy od pierwszej części (każda, KAŻDA scena w więzieniu to czyste złoto, a tam bynajmniej się nie kończy), a jednocześnie nie aż tak prosty i schematyczny - nie żeby "Paddington 2" był w jakiś sposób zaskakujący fabularnie, nie jest, ale nie ucieka się do aż tak oczywistych rozwiązań, jak pierwszy film. Zaskakująca natomiast jest warstwa realizacyjna - gdyby ktoś powiedział mi, że to film Wesa Andersona, uwierzyłbym.

  • 7

    Z pozoru pachnie od tego trochę jak od filmów Tarantino, zresztą podstawy fabularne wyglądają bardzo podobnie do "Nienawistnej ósemki", ale tak naprawdę cały czas wyraźnie widać, że Goddard stworzył autonomiczne dzieło we własnym stylu, którego podobieństwa do Quentina wynikają z podobnych inspiracji, nie z kopiarstwa. Poza tym "Bad Times at the El Royale" pochwalić może się znakomitymi dialogami świtnie dopasowanymi do odgrywających postaci (bardzo dobrych swoją drogą) aktorów.

  • 5

    "Robin Hood: Książę złodziei" jest dzieckiem swoich czasów - lat 90. - i jak większość filmów z tego okresu, zestarzał się bardzo źle. I o ile archaiczność formy nie jest przecież wadą, tak ta forma jest tutaj najwyżej przeciętna, bez względu na czasy. Alan Rickman najwyraźniej bardzo dobrze się bawił odgrywając swoją rolę i mimo przerysowania ogląda się go naprawdę przyjemnie, za to Kevin Costner pasuje zarówno do roli, jak i ogólnego klimatu filmu jak pięść do nosa.

  • 5

    Poza kilkoma momentami, które mogą powodować u widza dyskomfort podobny do odczuwanego przez bohatera Fassbendera, całość jest koszmarnie nijaka i nawet tak dobrzy aktorzy (którzy przez scenariusz i kiepską wizję reżysera niestety nie mają tu za wiele możliwości do solidnej roboty) czy Desplat (którego muzyka jest dobra, ale średnio pasuje do filmu i tylko bardziej wybija z tej odrobiny klimatu) nie są w stanie pomóc tej nudnej historii. I już żadnych więcej listów, błagam.

  • 6

    Bije z niego fajny, przygodowy klimat, a zawsze fajnie coś takiego obejrzeć - szczególnie, jeśli do tego wszystko dzieje się w ramach luźnego westernu. Fabułka jest prosta i przewidywalna, zwroty akcji nie zaskakują, ale też nie o to tu chodzi, a o rozrywkę, którą forma przedstawienia historii zapewnia. Największym zgrzytem jest tutaj Johnny Depp, wolałbym zamiast niego jakąś mniej opatrzoną twarz aktora, który pokazałby jakąś świeżość, bo deppowskie manieryzmy już dawno wszystkim się przejadły.

  • 8

    Spokojna, niespiesznie poprowadzona, przepełniona melancholią opowieść o fascynacji złem, załamaniu i zmęczeniu oraz (oczywiście) strachu. Nie można było przedstawić takiej historii lepiej. Aktorsko rewelacyjnie, zresztą nazwiska Pitta i Afflecka mówią chyba same za siebie, a jeśli w "Zabójstwie Jesse'ego Jamesa..." jest jakiś lepszy od gry odtwórców głównych ról element, są to bezbłędne zdjęcia Deakinsa.

  • 9

    Nikt nie potrafi budować napięcia i suspense'u jak Fincher. Pozornie niespieszne i nierówne tempo narracji buduje opowieść w rewelacyjny sposób i fantastycznie prowadzi widza przez pełen podejrzeń świat. Z pozoru przypomina trochę "Siedem", ale w gruncie rzeczy to zupełnie inna i zupełnie inaczej poprowadzona historia - "Zodiak" rozwija wątki osobno, leniwie snuje się do zakończenia trzymającej cały czas w napięciu opowieści, która jest równie nieprzewidywalna, jak tytułowy morderca.

  • 4

    Nie ma połowy świeżości i pomysłowości pierwszego "Deadpoola", a zamiast tego "Deadpool 2" ma kij w tyłku i na każdym kroku stara się udowodnić, że od pierwszej części jest większy, lepszy, fajniejszy i śmieszniejszy, przez co nie można nawet liczyć na głupiutką rozrywkę - chyba, że kogoś zaangażuje oglądanie na wpół martwego człowieka bez nóg próbującego wdrapać się na Mount Everest udającego, że wszystko jest w porządku i radzi sobie nawet lepiej niż wszyscy inni.

  • 4

    Co tu po fajnej charakteryzacji, skoro Carrey jest tak bardzo przerysowany, że prawie nie da się go znieść? Zresztą dużo rzeczy dobrze tu wygląda i szybko zabijanych jest przez tonę przesadnego kiczu i przerysowania. Nawet baśniowy klimat zostaje zarżnięty w ciągu pierwszych kilku minut. Poza tym film trwa godzinę i trzy kwadranse, a historii jest może na trzydzieści minut. No i po łopatologicznym wyłożeniu morału, "Grinch" od razu go olewa. Naprawdę nieprzyjemny seans.

  • 7

    Pamiętałem ten film trochę cieplej, tymczasem okazuje się, że Tyldum w dość standardowy sposób opowiedział historię, którą Moore bardzo uprościł i dopasował do schematów do tego stopnia, że "Grę tajemnic" ogląda się z uczuciem, że to wszystko już gdzieś było. Trudno też powiedzieć, żeby był ważny i przełomowy pod względem poruszanych problemów, bo o dyskryminację kobiet i homoseksualistów jedynie się ociera. To proste, ale przy schematach wciąż solidne przypomnienie o Turingu ze świetną obsadą.

  • 6

    Fabułka bardzo prosta i przewidywalna, ale zapewnia naprawdę wiele ciepła i radochy. Poza tym realizacyjnie film stoi na dobrym poziomie i znalazło się miejsce nawet na troszkę zabawy tym prostym koceptem. Trochę nieudolnie łączy jedynie wesoły klimat z poważniejszym wątkiem straty, który momentami ociera się wręcz o granice autoparodii, co sprawia, że jest jeszcze mniej wiarygodny. Ale hej, Kurt Russell jest Świętym Mikołajem - to wartość sama w sobie!

  • 8

    Dobrze poprowadzonych historii biograficznych nigdy nie będę miał dość, a Attenborugh umie bardzo dobrze opowiadać. Styl narracji co prawda może obecnie wydawać się przestarzały, przez co film może dla niektórych być trochę wymagający, ale warto obejrzeć, bo to poruszająca opowieść o jednym z największych twórców wszech czasów (tutaj świetny Robert Downey Jr.). Da się złożyć hołd legendzie pokazując życie bez uproszczeń i dosładzania? Da się (ucz się, "Bohemian Rhapsody")!

  • 5

    Podąża utartymi ścieżkami i trzyma się raczej schematów, a postaci w większości są dwuwymiarowymi, mało interesującymi archetypami i nie pozwala zapomnieć, że jest tylko filmem i wzoruje się na grze (średnio czytelne sceny akcji chyba właśnie z próby oddania klimatu gry wynikają), co nie pozwala w pełni się zaangażować, ale mimo wszystko całość koniec końców jest całkiem przystępnym filmem przygodowym, a mimo whitewashingu, aktorów przyjemnie się ogląda w tych rolach.

  • 8

    Dan Gilroy bez najmniejszego problemu przedstawia ten chory świat swojego bohatera, w którego roli Jake Gyllenhaal spisuje się naprawdę rewelacyjnie. Podobnie jak on sam, ani przez chwilę się w niego nie wątpi - bez względu na ocenę samego postępowania wiadomo, że Lou Bloom postawione cele zrealizuje, bo przyczyna (równie ważna przecież jak przedmiot pożądania) nie może zostać zignorowana. Doskonały popis solidnego pisania, opowiadania historii i oczywiście aktorstwa.

  • 8

    Historia schodzi tutaj odrobinę na drugi plan, ale to dobrze, bo sama w sobie nie ma akurat zbyt wiele do zaoferowania, czego natomiast nie można powiedzieć o sposobie jej prowadzenia. Argento stworzył niezwykły klimat, a obrazy i muzyka przemawiają tak wyraźnie, że wręcz tworzą osobne dzieło sztuki. Film osobliwy, od którego z pewnością można się odbić, ale trzeba podejść, bo tak czy owak, to niezapomniane doświadczenie.

  • 5

    Nie ma tutaj żadnej fabuły ani żadnego dobrego pomysłu, który mógłby ten brak rekompensować - choć dzieją się rzeczy, wszystkie pozbawione są odpowiedniego wydźwięku i kontekstu, wobec czego przechodzi się obok nich obojętnie, aż w końcu nawet znaczenie wszystkiego zostaje przez obojętność widza przykryte. Bohaterowie rozmawiają i już wydaje się, że coś w końcu chwyci (dialogi są dobre), ale wtedy śpiewają, znowu rozmawiają, znowu śpiewają i całość staje się coraz bardziej nijaka i nużąca.

  • 5

    Klugman i Sternthal są tak zafascynowni rzeczywiście ciekawą formą, którą udało im się nadać filmowi, że całkowicie zapominają o jego treści. Im bliżej było końca, tym bardziej zdawałem sobie sprawę z tego, że nie mają nic do powiedzenia i w gruncie rzeczy po trzy razy jedynie pokazują dokładnie to, co dzieje się na ekranie. Udało się ściągnąć dobrych aktorów, ale okazuje się, że nie ma tu dla nich za bardzo nic do roboty, a niektórzy w swoich rolach wypadają wręcz kuriozalnie (Zoe Saldana).

  • ?

    Poziom realizacji tego filmu jest przytłaczający - projekty Leni Rifenstahl musiały doskonale spełniać swoją straszną propagandową rolę. Bo, jak mówi w pewnym momencie sam Hitler, kolejny Dzień Partii w Norymberdze to nie tylko pokaz siły nazistowskich Niemczech pokazujący żołnierzy i potęgę, a coś znacznie więcej, obraz ludu kochającego swojego przywódcę, zjednoczonego w uwielbieniu. I obrazem dokładnie tego samego jest również "Triumf woli".

  • 9

    Fincherowi udało się stworzyć przerażający, a jednak wciąż prawdziwy obraz świata, w którym każdy element podkreśla beznadziejność podejmowanych działań przeciwko złu. Bo zło jest w każdym z nas, a zranić może praktycznie każdy - nieważne, czy jest sąsiadem, kolegą z pracy czy fotoreporterem. Wszystko podkreślone jest dawką brutalności, ale nie epatuje przemocą. Całości dopełnia równie niepokojąca, jak wszystko od zdjęć i scenografii po wspaniałą grę aktorską, muzyka.