Serwis w nowej odsłonie. Największa aktualizacja w historii serwisu. Sprawdź
Szanujemy Twoją prywatność i przetwarzamy dane osobowe zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych. Razem z naszymi partnerami wykorzystujemy też pliki "cookie".
Zamykając ten komunikat potwierdzasz, że zapoznałeś się z polityką prywatności i akceptujesz jej treść.
  • Nie wiem, czy dziś oceniłbym gorzej Jackie Brown, czy właśnie to widowisko, gdzie ważniejsze jest zaznaczenie fetyszu stóp reżysera niż skupienie się na związkach przyczynowo-skutkowych. Tym razem dostaliśmy wyłącznie ładny obrazek, trochę rzewnych wspominek i nic ponadto.

    Więcej
  • "Once upon a time in Hollywood" to Tarantinowski odpowiednik "Złotych Czasów Radia" Allena. Najbardziej nostalgiczny film w dorobku reżysera i - dosłownie - rozczulająca bajka ukryta za efektowną kotarą błyskotliwej i prowokacyjnej czarnej komedii oklejona jego znakami firmowymi.

    Więcej
  • Potęga magii kina wygrała ponownie, a jeden z moich ulubionych autorów, po kilku słabszych latach, powrócił w chwale.

    Więcej
  • Ma w sobie wszystko co powinno być w dobrej laurce oraz filmie Quentina Tarantino. Reżyser daje upust swojej miłości do Hollywood, ale nie zapomina także o tym, aby nie przekroczyć pewnej granicy i nie serwuje nam czarno-białej wersji rzeczywistości.

    Więcej
  • Tak, Quentin Tarantino jest zwykłym śmiertelnikiem i tym razem nakręcił "tylko" dobry film, a nam nie pozostaje nic innego, jak zadowolić się kilkoma przebłyskami geniuszu mistrza.

    Więcej
  • Nawet jeśli Pewnego razu... w Hollywood nie spełnia wszystkich oczekiwań i nie jest to najlepszy film Quentina Tarantino, to i tak zdecydowanie warto wybrać się do kina.

    Więcej
  • Ładny obrazek kina, które nie wróci, ale przesadnie powolny, nostalgiczny i ckliwy. Nie każdemu przypadnie do gustu taki przerost formy nad treścią.

    Więcej
  • Quentin Tarantino zabiera widzów w nostalgiczną podróż do miejsc oraz czasów, które ukształtowały jego pasję i wrażliwość. "Pewnego razu... w Hollywood" to skąpana w promieniach kalifornijskiego słońca, nasycona kolorami odyseja przez fabrykę snów.

    Więcej
  • Niezręcznie używać przymiotnika "najgorszy" w kontekście tak dopracowanego filmu pełnego ciekawych smaczków i miłości do kina starej daty, które przeminęło wraz ze Swobodnym jeźdźcem. A jednak, porównując go do reszty dokonań Tarantino, trzeba ze smutkiem stwierdzić, że jeśli nie najgorszy, to jest to jeden z najsłabszych filmów jednego z najbardziej oryginalnych reżyserów współczesnego kina.

    Więcej
  • Jest kursem kolizyjnym dobrej zabawy, scenograficznej autentyczności, postaci przepełnionych skazami oraz dojrzałego meta-komentarza na temat świata filmu.

    Więcej
  • Zrobił na mnie duże wrażenie estetyczne. Lata 60. zostały odwzorowane z wielką precyzją i dbałością o najmniejsze szczegóły. Reżyser - jak zwykle - odwoływał się do klasyków popkultury i nie zawiódł żadnych moich oczekiwań. Dalej jest to "klasyczny Tarantino", ale z elementem świeżości, który według mnie zadziałał na produkcję bardzo pozytywnie.

    Więcej
  • Ten strumień filmowej świadomości zatrzymano na najlepszej stopklatce i oprawiono w ramkę. To najbardziej osobisty film kontrowersyjnego reżysera, jego manifest, jego wizja i jego własna fantazja o Hollywood. Fantazja, w którą wierzę.

    Więcej
  • Piękna pocztówka z nieistniejącego świata, która niezbyt przejmuje się brakiem wyrazistej fabuły.

    Więcej
  • Są wspaniałe sceny, wspaniałe kreacje i wspaniałe zdjęcia zmontowane w... no właśnie. Tarantino zaczyna grać nie tylko z całą popkulturą, ale i z samym sobą - własnym wkładem do światowego kina, autorskimi podpisami i oczekiwaniem krwawej łaźni, jaką zwykł dostarczać.

    Więcej
  • Aktorski koncert i wspaniale sfotografowana bomboniera, której nie brakuje kilku świetnie napisanych, błyskotliwych dialogów. Nie ukrywam, że momentami czułem jednak posmak lekkiego rozczarowania, że nie jest to film na miarę szczytu możliwości Amerykanina. Że umieściłbym go gdzieś w środku best of.

    Więcej
  • Znakomity. Wykreowany na wielkim ekranie świat przedstawiony znakomicie współgra ze świetnie napisanymi, pełnymi emocji postaciami.

    Więcej
  • Składa się to wszystko na film powolny, wręcz zbyt wolny, osobiście cieszyłem się każdą minutą seansu, ale jednocześnie dostrzegałem minusy takiego tempa i podejścia do prowadzenia historii. Mam wątpliwości, czy tak skonstruowany film ma potencjał do bycia dziełem wielokrotnego użytku i zapewne wielu widzów będzie narzekać na ślamazarność filmu oraz brak jakiejś konkretnej historii.

    Więcej
  • Kinofilska perełka, która pogodzi zarówno fanów jego wczesnych filmów, jak zmęczonych powtarzalnością sceptyków.

    Więcej
  • Choć moje serduszko zawsze trzymałem blisko Wściekłych psów i Bękartów wojny - bo to filmy w swoim sznycie spełnione do cna - to Pewnego razu... w Hollywood to jego najpiękniejsze dziecko.

    Więcej
  • Nie wiem za bardzo, po co ten film, ale to naprawdę bardzo ładnie zrobione "nie wiem, po co". Ilość wysiłku włożona w odtworzenie/imitację realiów końcówki lat 60., jak również liczba różnorakich popkulturowych nawiązań mniejszych czy większych, zdaje się przerastać kreatywnością sam scenariusz - który wprawdzie nie jest przewidywalny, ale musicie przyznać, że pewnymi zwrotami akcji przypomina jakiś kompletnie pokręcony fanfik częściowo pisany na kwasie.

    Więcej
  • Mówią, że Tarantino się starzeje. Też mi odkrycie. Nie znam nikogo, kto z biegiem lat młodnieje. Ale nie każdy starzeje się z taką klasą, jak właśnie QT.

    Więcej
  • Reżyser ma właściwie głęboko w poważaniu, czy widz wie, jak obracają się zębatki w Hollywood, a bez tej wiedzy docenienie obrazu jest praktycznie niemożliwe. Nawet nie wyobrażam sobie, jak skołowani musieli być ludzie, którzy nie mieli wcześniej do czynienia z dziełami szalonego Amerykanina, ale ich raczej nie jest mi szkoda. Jak zaznaczyłem na początku - to nie jest kino dla każdego i to wypada wiedzieć, nawet jeśli nie siedzi się w tym grajdołku.

    Więcej
  • Nie będę ukrywał, że produkcja mnie wykonaniem dosyć ujęła, jednak również we mnie rodzi pytanie, jak ujęła to moja poprzedniczka, "po co ten film?". Podejrzewam, że odpowiedź brzmi: dla zabawy, ale czy to wystarczy? Dalszą refleksję pozostawiam wam, bo każdy inaczej odbierze to dzieło.

    Więcej
  • Jest to jeden z lepszych filmów, które miałam okazję zobaczyć w tym roku. Pewnego razu... w Hollywood kupiło mnie po całości i sprawiło, że bawiłam się w kinie świetnie.

    Więcej
  • Bardziej wymagający od ostatnich dokonań reżysera w kontekście znajomości realiów, w których się rozgrywa, historycznego tła fabuły, będący jednakże nie lada gratką dla każdego widza, który potrafi docenić tytaniczną pracę przy odtwarzaniu klimatu czasu i miejsca akcji, jak również dobre dialogi i aktorstwo z absolutnie najwyższej półki.

    Więcej
  • Hollywood lat 60. Quentina Tarantino jest piękne, beztroskie, pełne nostalgii i miłości. Nie jest wolne od wad, nie jest ideałem i miejscem spełnienia Amerykańskiego Snu. To portret epoki, nierzetelny i nieprawdziwy. Dlatego tak bardzo chcę w niego wierzyć.

    Więcej
  • Tarantino od początku swojej kariery uważa, że siła kina nie polega na dokumentalnym odzwierciedlaniu rzeczywistości, ale na jej dynamicznym, kreatywnym przetwarzaniu. A siła ta jest wielka. Umiejętne pokazanie ekstremalnej przemocy - na ekranie, a nie w życiu - może nawet doprowadzić do katharsis. I o tym, tak naprawdę, jest jego najnowszy film.

    Więcej
  • Ostatecznie "Pewnego razu... w Hollywood" Tarantino jest jak kupiona za drobne, patchworkowa pocztówka z wakacji w Los Angeles. Jest na niej wszystko: z prawej Bruce Lee, z lewej Myszka Miki, kultowy napis Hollywood na dole. Niby wszystko fajnie, ale w przyjemną całość się to nie zgrywa. Cóż, wygląda na to, że niekończąca się eksploatacja kina może okazać się zgubą, a cudowne dziecko amerykańskiej kinematografii w końcu poległo pod naporem własnych fascynacji.

    Więcej
  • Bez najmniejszych wątpliwości "Pewnego razu... w Hollywood" to najbardziej osobisty i dojrzały obraz w dorobku Quentina Tarantino - nieco tylko ironiczna, przede wszystkim poruszająca, kontemplacyjna fantazja.

    Więcej
  • Wspaniały film dla fanów Pitta, DiCaprio, Hollywoodu i starych seriali, ale nie Tarantino.

    Więcej
  • Troszkę tak marudzę na ten film Quentina, ale prawda jest taka, że jest to kawał dobrego kina. No właśnie, tylko dobrego kina, ponieważ po takich twórcach zawsze oczekuje się rzeczy wybitnych, wielkich albo co najmniej bardzo dobrych. Ale nie zawsze można być w najwyższej formie, prawda?

    Więcej
  • Tarantino nie byłby sobą, gdyby nie wymieszał jak w koktajlowym shakerze składniki gorzkie i słodkie, powagę i rechot, intelektualny niepokój i zabawę. Otrzymany drink daje największego kopa na zakończenie tej dzikiej imprezy.

    Więcej
  • Najważniejsze, że po całym seansie chce się do Pewnego razu... w Hollywood wrócić. Pobyć raz jeszcze z historią Daltona, jego dublera, wyłapać i na spokojnie odczytać wszystkie filmowe tropy, które Tarantino powtykał w każdy kadr czyniąc z filmu swoistą podróż - łamigłówkę dla fanów jego twórczości. To być może najbardziej dojrzały, najbardziej przemyślany, ryzykowny obraz, ale też mówiący dużo o naturze reżysera.

    Więcej
  • Przez pierwsze dwie godziny "Pewnego razu... w Hollywood" rozkoszujemy się ciepłą komedią zrodzoną z miłości i entuzjazmu - przede wszystkim do klasycznego kina oraz aktorskiego fachu. Pełną nostalgii, tęsknoty do bajkowej krainy, którą w 1969 r. było Los Angeles, włóczęgą po niewinnej epoce.

    Więcej
  • To, być może, jeden z najlepszych filmów Tarantino, jednak już teraz mogę powiedzieć, że mamy tutaj do czynienia z najbardziej dojrzałą pozycją w jego filmografii.

    Więcej
  • Reżyser postanowił całkowicie odciąć się od kultu Rodziny Mansona, w efekcie tworząc wzruszającą laurkę dla Sharon i kina, które już nie wróci. Kochajmy je, bo jeżeli rzeczywistość wiąże się z traumą, tylko kino może nas uratować.

    Więcej
  • Aż dziw bierze, że nie jest to finalny, dziesiąty film Tarantino. Ciężko jest sobie wyobrazić pełniejsze podsumowanie jego kinofilskiej drogi.

    Więcej
  • Piękny miks rzeczywistości i fantazji. Najspokojniejszy, najwolniejszy i najprzyjemniejszy film w dorobku Tarantino, który wyrzucił samozachwyt do śmietnika, aby napisać pierwsze w swojej karierze naprawdę naturalnie brzmiące dialogi oraz postaci, które nie są po prostu cool, lecz zdają się żyć własnym życiem.

    Więcej