• Ostatnia aktywność: 29 kwietnia
  • Dołączył(a): 16 października 2018
  • 7.5

    List miłosny dla subgatunku pełną gębą. Świetna plastyka obrazu i praca kamery. Stereotypowi bohaterowie i jeszcze bardziej klasyczne momenty, na które ktoś, kto gardzi slasherem mógłby się obrazić. Ja się nie obrażam i widzę w tym piękną horrorową odę. Ciekawych rozwiązań nie brakuje i dzięki temu nie jest do cna sztampowo. West jest jednak niestety czasami wybiórczy w tym, co robi, bo potrafi przejść obok innych ważnych elementów, tj. scen zabójstw, czy ikonicznych czarnych charakterów.

  • 8

    Jest wszystkimi filmami świata jednocześnie, w największej ich jaskrawości. Do ideału brakuje mi tylko większej kompresji materiału, bo są momenty, gdzie można byłoby się co jakiś czas na kilka minut wyłączyć (choć to przy ilości bodźców praktycznie niemożliwe) i nie straciłoby się z fabuły kompletnie nic.

  • 6.5

    Post Wickowskie kino akcji nadal ma coś przyjemnego do zaoferowania, choć odkrywcze nie jest ani trochę. Zabawa przednia, bo i miło potupać nóżką do świetnej muzyki w rytm wystrzeliwanych kul czy wyprowadzanych ciosów. Różnie natomiast gra tu parabola, na której zawieszony jest realizm. Zaczyna się z wysokiego "c" autentyczności, a kończy na odtwórczej, typowo filmowej naparzance rodem z gier wideo z kolejnymi falami przeciwników. O fabule nie warto, bo to raczej dodatkowy konstrukt w tle.

  • 8

    Błądzisz razem z bohaterką. Czasem cię to boli, ale czasem też się śmiejesz. I ostatecznie rozumiesz, choć to przykra proza życia – chichot losu z nadzieją w tle. Trier ma wszystko pod kontrolą i co rozdział wyciąga takiego asa, że myślisz sobie, że już bardziej empatyzować z bohaterami nie można.

  • 6

    Doskonała choreografia i wyrazisty drugi plan... i na tym gdzieś kończą się najlepsze w tym filmie rzeczy. Pozostawia dużo wątpliwości, a przede wszystkim zastanawia czy nadal ta historia wnosi coś nowego w drugą dekadę XXI wieku. To obraz zdecydowanie lepszy technicznie niż fabularnie. Pora na pierwszą wersję.

  • 7

    Świetnie zarządza wywoływanym u widza dyskomfortem, będąc jednocześnie estetyczną dla oka ucztą. W ciekawy i przede wszystkim zwarty sposób psychologizuje bohaterkę, wplatając ją w niezłą opowieść o stawaniu się jako takim. Haley Bennett wznosi się na swoje wyżyny, chociaż oby pokazała jeszcze w przyszłości, że stać ją na więcej.

  • 7.5

    Czule i z ogromną gracją opowiada o rzeczach, które wydarzają się na każdym kroku. Jednocześnie kipi od niewypowiedzianych słów i odciskających piętno niecodziennych zdarzeń. Szykowność reżyserii Hamaguchiego pozwala zatopić się w świat i siedzieć na tylnej kanapie Saab'a zaraz obok bohaterów. Chłonie się w takim tempie, że mógłby trwać i 500 minut.

  • 7

    Vibe futurystycznego sci-fi spod znaku Blade Runnera czy 12 Małp. Obfity w światłocienie, charakterystyczny brud i transową muzykę, a do tego zmieszany ze swego rodzaju narkotycznym tripem i izolacją, pogłębiającą dezorientację. Antal przełamuje to wszystko na szczęście trafionym, choć specyficznym humorem. Co to była za jazda!

  • 6.5

    Ciężko się nie zachwycać dynamiką postaci, kolorami i latynoamerykańskimi rytmami, przy których ciężko utrzymać nogę w jednej pozycji. Całość dość łatwo wpada w oko i ucho, bo to przecież Disney. Najmniej dojeżdża jednak scenariusz, w którym morał, zwarty character arc i fabuła z wyraźnymi konfliktami są w sporym stopniu rozmyte.

  • 7

    Jonas Rasmussen stworzył film, który podskórnie oddziałuje. Czuć w nim wagę wypowiadanych słów i spojrzeń, nawet jeśli jest to animacja. Chcąc nie chcąc "Flee" wstrzela się w jeszcze bardziej aktualne wydarzenia i fajnie, gdyby coś ludziom uzmysłowił. Co do technicznych aspektów. Kreska oraz to jak obraz komponuje się z dźwiękiem jest genialne, gorzej z animowaniem ruchu.

  • 6.5

    Jeśli chodzi o nostalgię oplatającą letnie coming of age w bardzo gorzkim sosie radzenia sobie ze stratą, gdzie całość zanurzona jest w mieście Maradony, jest to cholernie blisko mojego serduszka. Jednakowoż ta nienaturalna maniera Sorrentino gdzieś mnie jednak wytrąca, bo większość z rzeczy, które dzieją się na ekranie trąci pozorami. Filmowość w każdym calu.

  • 6.5

    Nie do końca wszystko w dechę, ale za to w dechę poprawnie, bo i kciuki trzymasz, emocjonujesz się i może nawet wzruszasz, ale masz też świadomość używanych metod. Gdzieś tam ten płaszczyk hollywoodzkiej opowieści "from zero to hero" wygładza całość, nie ma zagrożenia i co za tym idzie ogląda się może trochę bez większego namysłu. Historia jest jednak na tyle samograjem, że Marcus Green może w zasadzie tylko inscenizować i już ma coś ciekawego. Inspirujący, lecz mocno hollywoodzki biopic. Fajny.

  • 4

    Bez tragedii, ale to raczej mierna komedia. Względem swojego poprzednika ustępująca praktycznie we wszystkim. Usilnie chcąca jednocześnie wkupić się w obecne trendy. Leslie Jones i Wesley Snipes największymi wygranymi. Naprawdę jednak to zbyteczny sequel.

  • 7

    Na początku piasek gdzieś chwarszczy w trybikach, ale z kolejnymi minutami bierze widza za barki i wrzuca w koła zębate. Kawał pięknej inscenizacyjnej roboty. Asceza czasem aż boli – i sami sobie odpowiedzcie czy to dobrze. W podawanym tekście zaś bije serce. Muszę przyznać, że było to pozytywne zaskoczenie.

  • 5.5

    Konflikty, postacie i hiperboliczna dramaturgia są u Sorkina w dechę, nawet jeśli fabuła kompletnie mnie nie obchodzi. Postać Kidman jest napisana z taką starannością i dodatkowo tak celnie zagrana, że można się niejednokrotnie porozpływać. Nominacja dla Simmonsa to jednak lekkie nieporozumienie.

  • 4

    Rozumiem wiele z tych umowności, ale nadal jest to film, który mnie niesamowicie wkurza. Stone jako Cruella jest świetna, tak, jak i te estetyczne zabawy. Osadzenie tego w konwencji heist movie także w miarę się broni. Reszta natomiast do kosza. Ogląda się to jak pokraczny punkrockowy film dla dorosłych widzów, zmieszany z dziecięcym humorem i odrealnioną konstrukcją. Nieprzyjemnie zbyt infantylne dzieło jak na mój gust.

  • 6.5

    Powtórka po tylu latach zmieniła mi nieco optykę patrzenia na ten film. Nadal chwyta za serce w końcówce, bo uczucie łączące głównych bohaterów wydaje się prawdziwe i duża w tym zasługa Finnes'a i Scott Thomas. Widzę też w tym wszystkim, jak często umownych środków Minghella używa do zbudowania w tym filmie szerszego tła. Ma to niestety słabość do typowo amerykańskiego spojrzenia. Zestarzało się trochę pod względem technicznym.

  • 8.5

    Niepojęte jak obłędnie wizualnie może wyglądać film superbohaterski. Stokrotne – wow! Nowy Batman jest gęsty jak cholera, duszny, przytłaczający, dobitnie mroczny, wżerający się pod skórę i dudniący w uszach. Reeves skupia się na kształtowaniu postaci. Stara się zachować realizm przy jednoczesnej wierności komiksom i chyba znajduje na to metodę. Nie mogę doczekać się drugiego seansu. Post tenebras lux i krew i pot i łzy... na deszczu.

  • 3.5

    W kategoriach Vegi jest to dość zwięzła opowieść. W kategoriach kina zaś nieumiejętnie opowiedziana, rozwodniona, mająca przykre tabloidowe skłonności i będąca w znacznej części przefiltrowaną przez światopogląd Patryka Vegi. Myślę, że z reżyserem, który nie ma ambicji na bycie jedynym oświeconym w tej sprawie, mogło to być filmowo solidne, mocne, emocjonalne i społecznie potrzebne dzieło. Adamczyk jest naprawdę spoko.

  • 6.5

    Dziecięcy filtr, który stosuje Branagh zwyczajnie działa, bo wie, w jaki sposób mówić o pewnych rzeczach. Z jednej strony jest ciepłym filmem familijnym, z drugiej zahacza o trudne religijno-polityczne tło, które wytrąca porządek świata bohaterów. Nostalgia za utraconym zostaje uruchomiona. Brakuje mi tu jednak większej stawki, bo ta płynna opowieść jest dosyć emocjonalnie płaska. Jak gdyby Branagh wyznaczył sobie pewną granicę, której bałby się przekroczyć. To dość bezpieczne rozwiązanie.

  • 5.5

    Bardziej do odhaczenia niż wyciągnięcia większych lekcji – poza tymi zresztą obecnymi już w synopsisie. Grzęźnie w pierwszej połowie w biopicowych nudach, ale później ma też dużo empatii do bohaterki. Przez cały czas natomiast świetną Chastain.

  • 5

    Było minęło. Pod koniec zaczęło gdzieś łapać kilka fajniejszych momentów, ale początek jest bardzo trudny do przebrnięcia. Darek Wasiak wychodzi z twarzą.

  • 7

    Technicznie robi piorunujące wrażenie i na szczęście treściowo za tym nadąża. Odpowiednio duża dawka przygody i humoru. Warto byłoby zrobić z tego uniwersum, bo potencjał na sequele i spin-offy drzemie tu spory.

  • 5

    Branagh nie do końca trzyma to solidną reżyserską ręką. Przyciężkawy fabularnie i bardzo nierówny, bo akcenty lądują czasami w dziwne miejsca. Ku zdziwieniu metraż męczy jedynie na początku.

  • 6.5

    Sposób prowadzenia narracji przez Levinsona naprawdę zakrawa o arcydzieło. Zazębianie się wątków, gładkie montażowe przejścia i ogrom zapisów z przeróżnych nośników wpływają znakomicie na ciekawość odkrywania kolejnych wydarzeń. Dlatego chociaż z tego względu warto wymieniać ten film jako jeden z lepszych w gatunku found footage. Zabrakło mi osobiście więcej emocji, zarówno gatunkowych, jak i związanych z postaciami. Można było jednak jeszcze troszkę podkręcić śrubę realizmu.

  • 5.5

    Nie bawi się w subtelności (poza jedną sceną, która i tak zostaje brutalnie sprowadzona na ziemię), uderza od wejścia i nie bierze jeńców. Ciekawe kino, interesujący temat, lecz niekoniecznie do końca w moim guście. Coś tu zgrzyta, zupełnie jakby film był nota bene skrojony pod widza będącego fanem Vegi i Smarzowskiego jednocześnie.

  • 7

    Normalnie jestem gdzieś z dala od takiej poetyki, ale jakimś cudem Larrain wyciągnął mnie za frak i posadził obok Diany. Film jest audiowizualną, skrajnie przemyślaną perłą, choć niektóre obrazowe metafory mogą nie przypaść do gustu. Reżyser swoim autorskim stylem szuka zgrabnych, choć nie zawsze najtrudniejszych intelektualnie połączeń. Niemniej Spencer jest filmem jednocześnie artystycznie wyrafinowanym i w miarę przystępnym dla wielu widzów. Stewart fantastyczna.

  • 8

    Zdaję sobie sprawę, że to logika życia według amerykańskiego kina. Zdaję sobie sprawę, że to w dużej mierze klasyczny feel-goodowy crowdpleaser. I pomimo to Coda w moich oczach zaskakująco niewymuszenie pięknie gra na emocjach. Wbiło mi się to prosto w serce. Obsada na czele z nadspodziewanie wiarygodną Emilią Jones i bezbłędnym Kotsurem daje koncert świetnego aktorstwa.

  • 7

    Zderzenie Zhao z machiną MCU ma fragmenty, gdzie w kołach zębatych czasem coś grzęźnie, bo i skrótowce i konwencja, ale w większości to zaskakująco naoliwione. Dobra, wiadomo, że reżyserka po prostu musi odhaczyć standardowe elementy pewnego origin i robi to. Musi też realizować pewien plan studia, ale też widocznie wprowadza swój autorski język. Na papierze relacje są super, Zhao tylko czasem nie fajnie inscenizuje, ale ostatecznie roznieca ducha w tych postaciach. Kapitalne sceny walk.

  • 9

    Za dużo przymiotników, żeby to określić. Jeśli natomiast ktoś zapyta czym jest kino, to odpowiem, że zabawną grą.

  • 7.5

    Długo mi zajęło nadrobienie tego klasyka. No i cholernie dobrze się to trzyma. Bardzo dobra realizacja i tempo. Kreacja świata, intryga, atmosfera – wszystkie te klocki są odpowiednio poukładane. Świeże jak na 2007 rok, trzeba mieć to na uwadze.

  • 6.5

    Wygląda obłędnie w wielu filmowych materiach, ma świetny finał, sceny walk, scenografię itd, ale gdzieniegdzie przydałaby się scenariuszowa brzytwa, która ciachnęłaby trochę by zdynamizować przydługaśne, nie zawsze wpasowujące się w epokę i klimat dialogi. Scott pokazuje jednak, że ma w sobie wciąż wiele wigoru, aby unieść duże i energiczne filmy. Damon aktorsko wyciąga naprawdę wiele.

  • 4.5

    Śladowa rozrywka, mało fajnych żartów. Archetypy postaci walą po oczach tak, że większość wydarzeń da się bez trudu przewidzieć, w związku z czym sporo jest momentów, które moglibyśmy przeskipować. Tak naprawdę poza pomysłem na fabułę niewiele tu plusów. Jednak jeśli chodzi o ekranizacje gier, nawet jeśli pośrednią, to jest to spory krok naprzód w tej kategorii i Free Guy będzie ważnym dlań tytułem.

  • 6

    Ciężko nie odnieść wrażenia, że to Mills jest oczami i ustami każdego z młodych bohaterów i kreuje ich na swoje podobieństwo, co jakoś średnio mi się tutaj komponuje. Przygoda fajna, ale hollywoodzkie wyobrażenia biją realizm, którego pragnąłem. Phoenix zgarnia wszystko dla siebie i już któryś raz z rzędu udowadnia, że jest w gronie najlepszych żyjących aktorów. Srogo się obrażę, jeśli zdjęcia nie otrzymają kilku poważnych nominacji.

  • 7

    W tym pięknym kolorowym cukierku kryje się zgniła masa. Każdy z nas choć raz takiego cukierka widział na własne oczy i Aksinowicz o tym mądrze przypomina. Podchodzi do tego łagodnie, niepretensjonalnie, nie zapomina o parabolicznej strukturze życia. W tym wszystkim potrafi też wbić nas w fotel kiedy trzeba.

  • 5

    Od czasu wybitnego Big Shorta McKay zaczyna się ode mnie oddalać. Nie patrz w górę to donośny głos nt. roli dzisiejszych mediów i ludzi tępo wpatrzonych tam, gdzie każą patrzeć ci, którzy krzyczą głośniej. I ja to widzę nawet bez tego filmu, tylko zastanawia mnie czemu McKay traktuje każdego widza jak ślepego idiotę. Subtelności tu ździebko, a absurd im głupszy, tym mniej śmieszny. Jakby Adam robił wcześniej o niego lepsze filmy, a teraz zaczynał się gubić.

  • 5.5

    Garfield jest oszałamiająco dobry, a każda minuta spędzona z nim na ekranie jest ekscytująca. Zupełnie odwrotnie, jeśli chodzi o cały film. Trudno się wkupić, ponieważ Miranda od razu rusza sprintem przez świat Larsona, w związku z czym dopiero po pierwszej godzinie zanurzyłem się w musicalowy klimat. Piosenki z reguły wpadają w ucho, a w połączeniu z energetycznym Garfieldem i choreografią jest przyjemnie i miejscami emocjonalnie. Pod względem zaangażowania w fabułę wypada za to dość kiepsko.

  • 4.5

    Dość wiernie trzyma się książki, ale zupełnie jakby esencja gdzieś ulatywała, bo Palkowskiemu wystarcza realizacyjna tandeta, gdzie szarość znaczy smutek. Pływa w oceanie tanich dramaturgicznych zagrywek, nie zgłębiając psychologii postaci – w przeciwieństwie do wprawnie napisanej pod tym względem książki. No i ostatecznie rozmija się z wieloma oczekiwaniami, nie wnosząc do świata telewizji wielu momentów godnych zapamiętania.

  • 7

    Chociaż do reżyserii Žbanić można czepiać się o brak autorskiego pazura, to jest to tak cholernie mocne w swojej wymowie, że i ostatecznie zostaje jedynie milczenie. Coś jest takiego w bałkańskich konfliktach zbrojnych i tym samym filmach o tym traktujących, że czasami zastanawiamy się, czy rzeczywistość nie jest tylko ponurym żartem. Wyłaniająca się z tego filmu niemoc bohaterów wobec w zasadzie wszystkiego jest najlepszym tego przykładem.

  • 7

    Bangla na torach dobrej i krwawej zabawy, równocześnie serwuje też kryminalną intrygę z pokaźną dawką grozy. Wan oferuje także sporą porcję idiotycznie nielogicznych momentów, zarówno z reżyserskiego, jak i fabularnego punktu widzenia. Zanurza się w typowym mainstreamowym horrorze, oplata giallo, podsyca twistami i uwydatnia swoją miłość do wszelakich form filmowej grozy. Swoją drogą ten obraz wygląda jak świetna ekranizacja komiksu o jednym z wielu antybohaterów DC.

  • 6.5

    Fanom w mniejszej lub większej mierze przypadnie do gustu. Jest dość lekko i niekiedy nawet familijnie ciepło – co potęguje świąteczny klimat. Świetnie wprowadza Kate Bishop, a jej chemia z Yeleną mam nadzieję, że zostanie wykorzystana w przyszłych filmach. Gdyby ktoś się zastanawiał, to Adamczyka jest sporo i jest naprawdę dobry w swojej roli. Póki co Loki > WandaVision >> Hawkeye > Falcon. What if jeszcze nadrabiam.

  • 8.5

    Nie było w 2021 roku filmu, który wprowadziłby mnie w tak dobry nastrój. Mieszanka zapadających w pamięć scen rodem z najlepszych komedii, romansów, a nawet thrillerów. Ta jakże oryginalna miłosna opowieść o czasach i ludziach niesie za sobą sporo pozytywnych emocji. Anderson kreuje epokę fantastycznie, choć nie wiem, czy "kreacja" to do końca odpowiednie słowo, bo ogląda się to pod tym względem jak dokument. Na ten moment to mój ulubiony film PTA. Będzie klasykiem w gatunku, a wykracza poza.

  • 4

    Początkowo rozkłada akcenty na Eddiego i symbiota i stara się jeszcze wkupić w innych bohaterów. W pewnym momencie ostro szarpie do przodu i pędzi już do samego końca zostawiając za sobą logikę, oddech, dobrą akcję, bohaterów i przede wszystkim wciągającą fabułę i tak aż do końca. Duży plus, że nie czuć przynajmniej zmęczenia metrażem. Nie ma się co oszukiwać to film, o którym szybko zapomnimy. No... chyba, że trzeba będzie go przypominać w kategorii taśmowych superbohaterskich zapychaczy.

  • 6

    Dzisiaj może ma już znamiona megahitu polsatu, ale Petersen w wielu scenach udowadnia, że do naiwnego i umownego hollywood lat 90. można było dolać niezłego sosu.

  • 4

    Ten film jest trochę jak upiorny sen wujka Mundka z najlepszego filmu Wojciecha S. o tym samym tytule. No bo tak, przychodzisz na wesele, a tu ani mililitra wódki, potem jednak przynoszą, ale ciepłą. Ktoś krzyczy nad uchem, potem ktoś daje ci w mordę. Idziesz na Smarzola, a tam zlepek mało ciekawych scen, w których nie możesz się odnaleźć, bo w końcu nie wiesz, czy to już meta komentarz, czy jednak zwykły komentarz. I tak ostatecznie zostajesz z tym, o czym wiedziałeś, tylko jakoś uszy bolą.

  • 7

    Przez wiele długich scen i dialogów czasem zwyczajnie trzeba przebrnąć, ale wynagradza gdy już wszystko ze sobą splata. Kino Franka Capry w całej okazałości. Solidna ekspozycja, lekki humor, charyzmatyczny główny bohater (James Stewart jest co najmniej świetny), przesłanie niosące za sobą klasyczne wartości i obowiązkowa, nieodłączna – i nie tylko świąteczna – magia. Była łza. Niejedna. #3000 oceniony film.

  • 8

    To jak splata te wszystkie elementy i jak nimi wyzwala emocje i nawet pomimo wszystkiego, co ostatnio w MCU mi nie leżało, jest po prostu "osom". Watts ma tu wreszcie ogromne pole do popisu. Świetne poboczne postaci, bohatera w fazie charakterologicznej transformacji i kolosalnie ważne dla przyszłości Uniwersum wydarzenia. Na powrót czuć to, za co kochało się poprzednie fazy w ich największej świetności.

  • 7

    Od samego początku sytuuje nas gdzieś u podnóży, tym samym podkreślając, z jakim żywiołem mamy do czynienia. Panduru kolejny raz pięknie też fotografuje, dzięki czemu oddaje zimową aurę miejsca w tak namacalny sposób, że nawet pod kocykiem jesteśmy w stanie poczuć płatki śniegu na końcu nosa.

  • 7

    Muntean pokazuje niby proste rzeczy, ale na szczęście nie przefiltrowuje ich przez wielkomiejskie wyobrażenia. Wieś pozostaje wsią, i jak pięknie się ją ogląda. Reżyser w każdej wręcz scenie zaznacza, że pomagać też trzeba umieć. Wszystkie te konfrontacje wypadają zajmująco i... no właśnie, to tylko konfrontacje, bo jak pokazuje "Intregalde" zaraz potem każdy musi wracać do własnej codzienności. Zdjęcia w obłędny sposób przenoszą w tamte miejsca, ale do dialogów można byłoby się przyczepić.

Wyświetlasz wyniki bez 44 duplikatów. Wyświetl wszystkie wyniki