Grifter
Użytkownik-
Nie jestem fanem serialu, ale i tak doceniam. Każdy odcinek (kręcony, w jednym długim ujęciu) ma przynajmniej jedną, wybitną i dewastującą psychicznie scenę. I dla tych szokujących momentów warto ten serial obejrzeć.
-
Vince Gilligan to mój scenopisarki idol, ale po raz pierwszy poczułem się rozczarowany jego dziełem. O ile pierwsze cztery odcinki są świetne - będące połączeniem "The Last of Us", "Inwazji porywaczy ciał" i wątków Bogrów ze "Star Treka" z pierwszorzędną komedią i naprawdę wciągają, o tyle dalej serial szybko traci na siebie pomysł.
Impet wytracił niemiłosiernie szybko. Nie widzę tu potencjału na długie lata. Panie Gilligan, zamykaj Pan to szybko! -
Wychowywałem się na kreskówkach pod koniec lat 80 i 90. Na koniec lat 2000 nadszedł mój koniec z Cartoon Network (w latach 90 uczyłem się z nich angielskiego).
Ale Fineasz i Ferb to jedynka kreskówka (obok Wodogrzmotów Małych), którą namiętnie oglądałem będąc już dorosłym. Bo jest świetna!
Hej! Gdzie jest Pepe?
Fantastycznej roli Wojciecha Paszkowskiego, jako Dundersztyc składam hołd. Za szybko odszedłeś mistrzu. Może nie miałeś "dobrej dętki"? -
Tony Soprano z Gotham.
Początkowo byłem zachwycony, ale para szybko uleciała. Nie widziałem tu nic, czego nie było dziesiątki razy w kinie gangsterskim. Klisza na kliszy, a wyróżnia jedynie miejsce akcji serialu i komiksowa postać. Farrell i Milioti świetni i warci każdej nagrody, lecz ostatecznie tylko oni trzymali mnie przed przed ekranem, bo intryga przestała mnie interesować w połowie, a finału domyśli się każdy. -
Ściska za gardło i mdli nawet po Aviomarinie.
Sceny na morzu przerażające (utopienie się to jedna z najgorszych i najbardziej bolesnych śmierci, jakiej może doświadczyć człowiek), podobnie jak te z sali sądowej.
Kraj, który nigdy nie przeszedł dekomunizacji (to jedna z największych tragedii Polski), gdzie orzekała banda komuchów z góry ustalonym werdyktem. Cierpienie rodzin ofiar daje widzowi obuchem w łeb.
Warto!
Dzięki Ci Netflix, bo dzięki Twej kasie i Polacy mają swoje kino katastroficzne -
(SPOILER)
Wybaczcie być może profanację (?), ale ten 12-odcinkowy seans przypomniał mi kultowego 'Evangeliona'.
Pomijając pierwszy, dość smutny, a później zwariowany, schizofreniczny epizod, dalej to taki słodycz - koleś chce tylko pomacać i polizać się z kobietą. A później się bawią (choć mocarne sceny retrospekcji ukazują, że każdy nosi w sobie traumę nielichą) i chleją.
I w 3/4 serialu większość z nich ginie w ciągu 10 minut.
Japończycy może mają małe pisiorki, ale jaja PRZEOGROMNE! -
Opus magnum Gaimana to jedna z najlepszych rzeczy, jakie w życiu czytałem. Serial na jego podstawie jest tylko... dobry, w porywach bardzo dobry.
Ale to i tak wszystko, co dzisiejszy świat streamingu mógł dowieźć. Można tylko się cieszyć, że serial powstał przed oskarżeniami wobec Gaimana, bo inaczej nigdy byśmy go nie zobaczyli. A tak przynajmniej znajdą się osoby, które po seansie sięgną po komiks. I to prawdopodobnie jest największa wartość tego serialu. -
Potworne rozczarowanie.
Nie spodziewałem się, że twórca świetnych 'Fargo' czy 'Legionu' zaprezentuje mało ciekawą trawestację "Piotrusia Pana", a z Xenomorpha uczyni nic nie znaczące tło. W dodatku zrobi z niego posłusznego pieska Fafika.
Pomysł na dzieci, uwięzione w ciele dorosłych ciekawy, ale sprowadza się ostatecznie do banałów o problemach dorastania i kolejnym bełkocie o megalomanie, który chce dać ludziom nieśmiertelność.
Po co w ogóle było w to wikłać Aliena? -
Świetny serial.
Szkoda, że został skasowany przedwcześnie.
Co prawda powstał po latach film kończący pewne wątki, ale bądźmy szczerzy - to już nie było to. A 4 sezon, który miał się skończyć spaleniem Deadwood byłby prawdopodobnie jedną z największych petard w historii TV.
Pewnie w alternatywnym świecie, ostatni odcinek 4 sezonu, ma równie kultowy status co ending 'Six Feet Under'. -
Życie-śmierć.
Wszystkie odcienie ludzkiej egzystencji.
Plus najlepszy finał w historii telewizji. -
Od zachwytu do całkowitego znudzenia.
Tak, obejrzałem wszystkie 11 sezonów.
Za kolejne spin-offy podziękuję.
Wystarczy mi już tej Zgnilizny. -
Flanagan jak zwykle w formie.
Stylowa wędrówka przez wspomnienia.
"Perfectly splendid!" -
Zjawiskowa Anya.
Piękna pochwała psychodelików i antydepresantów.
Taka, że po seansie masz ochotę na niezły odlot.
Ale twórcom chyba nie o to chodziło... -
Magiczna opowieść o przemijaniu.
Gdyby zacytować klasyka i jeden z najlepszych seriali świata napisałbym - "You can't take a picture of this, it's already gone." -
Poświęca sporo naszej uwagi, zarówno na przybliżenie nam przyczyny katastrofy jak i astronautów tej tragicznej misji.
Plus oddanie im hołdu.
No i sporo tutaj archiwalnego materiału, co warto zawsze docenić. -
Wciąż twierdzę, że Moffat ma świetne pomysły, ale jest wyjątkowo słabym scenarzystą na całość, co pokazał przy 'Sherlocku', który wypalił się już po 1 sezonie (z przebłyskiem na Psa w drugim).
Tutaj też chłop nie dowiózł do końca, choć tym razem, na szczęście, nie zamęczył nas kilkoma sezonami. -
Fantastyczna satyra na Hollywoo.
Poszczególne odcinki to pieprzone złoto! -
Bezpieczna ekranizacja poszczególnych fragmentów kilku komiksów - poszatkowane, wypaczone, zbyt ugrzecznione (na Trygława i Swaroga!) pod najmłodszych.
Duch i humor komiksów mistrza Christy został jednak zachowany, chociaż wiadomo, że każdy wolałby ekranizacje jeden do jednego.
Na to jednak potrzeba byłoby sporego budżetu, a ten serial jest jednak stworzony po taniości. A i tak tylko dzięki dolarom od Netfliksa!
Polska ma tyle dobra, ale nie ma kasy, by przekuć to na wielką skalę. Szkoda. -
Leon zawsze będzie największym kozakiem serii Resident Evil. Ale lepiej nim sobie pograć w grach.
-
Killing spree!
Jak zwykle, w przypadku takich seriali, równie co zbrodnie, przerażają wszelkie zaniechania, błędy i nieudolność służb. -
What color?
Świetny setting i kreska?
Drugi sezon słabszy, choć wynagradza słodka makabreska. -
Śmiechu jest cała gnojówa!
A Goku to jeden z najsympatyczniejszych i najbardziej inspirujących postaci wykreowanych przez popkulturę.
Pafu-pafu! -
Świetna, sentymentalna podróż po historii starych gier wideo.
Dużo fajnych rozmów z twórcami tychże, ale i sporo oczywistości i nieco zbędnych treści. -
Wciąż bezgranicznie zakochany w robotach!
-
Autobots, roll out!
Pierwsza generacja na zawsze w moim sercu! -
X-Files dla dzieciaków.
Fajnie drenuje popkulturę, będąc przede wszystkim dobrą rozrywką. -
Psychopata kontra osobnicy z portali społecznościowych.
Nie wiem, kto tu jest bardziej przerażający?
A chodzi im o to samo - sławę.
Szydercze! -
Budzi grozę.
W cyrk, który odpieprzał Bundy miejscami trudno uwierzyć. Ale to inny świat - bez kamer na ulicach, Internetu, Facebooka, bez ogólnokrajowego systemu podejrzanych, bez badania DNA - można było wyjechać do drugiego stanu i dalej uprawiać morderczy proceder. Dziś już Teddy by sobie nie pomordował z taką lubością... -
Są na świecie napady, o których się scenarzystom nie śniło.
-
Czym jest miłość? No właśnie - to całkiem dobre pytanie. Tu znajdziecie kilka sugestii. Może, z którejś skorzystacie?
Potężnie wzruszająca rzecz, nawet jeśli cały czas balansuje na granicy kiczu. -
-
The rise and fall od Saul Goodman and the dealers from Albuquerque.
-
Manga Kentaro Miury to rzecz wybitna, tym bardziej szkoda, że poznaliśmy zaledwie wycinek tego arcydzieła.
-
Bardzo śmiesznie jest umierać, kiedy żyć byś chciał...
-
Trzy seanse.
Straszak Flanagana będący kontemplacją natury religii, fanatyzmu, odkupienia win i śmierci. Ciekawa medytacja.
Mnóstwo pięknych i smutnych scen. Jest w tym jednak coś krzepiącego - każda religia kiedyś sama się wykończy! -
Wolę "Kierunek noc" z międzynarodową obsadą i lepszym napięciem. Jeśli jesteś fanem tamtego możesz sprawdzić jako uzupełnienie, choć nie jest to koniecznie. Tym bardziej, że akcja urywa się w tym samym miejscu, co drugi sezon Nocy.
A jak wiemy, dalszy ciąg nie nastąpił. -
Dla fanów "Langolierów" Kinga pozycja obowiązkowa. Potrafi utrzymać w napięciu do samego końca. Pierwszy sezon lepszy od drugiego.
Boleję nad tym, że serial został skasowany i finału historii nie poznaliśmy. -
Po pierwszym sezonie spokojnie można było uznać TLoU za jedną z najlepszych ekranizacji gier wideo. Po drugim sezonie i wielu niefortunnych pomysłach (cringe'owy 'I'm gonna be a dad') nie sądzę, że będzie po latach hołubiony. Aż strach pomyśleć co zaserwują w sezonie trzecim, nawet jeśli gry od Naughty Dog znam na pamięć...