Szanujemy Twoją prywatność i przetwarzamy dane osobowe zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych. Razem z naszymi partnerami wykorzystujemy też pliki "cookie".
Zamykając ten komunikat potwierdzasz, że zapoznałeś się z polityką prywatności i akceptujesz jej treść.

Miłośnik kina i gier wideo.
Po obejrzeniu 100 seriali, skończeniu 1 000 gier i obejrzeniu 10 000 filmów hibernuje się na kolejne 100 000 lat.

  • Ostatnia aktywność: 8 lutego
  • Dołączył: 15 maja 2023
  • Que Sera Sera.
    Jeden a najpiękniejszych filmów o przyjaźni, jakie widziałem.
    No i nigdy nikt nie uchwycił lepiej problemu "zespołu Aspergera". I agorafobii. I ciężkiej depresji.
    Wszyscy mamy problemy ze sobą. Ale ten film niesie optymizm. Prawdziwe światło.

  • Opus magnum Refna.
    Nigdy wcześniej i później nie zbliżył się do poziomu arcydzieła.
    Niesamowity przykład jak z żałosnej książki (nie czytajcie!) wysmażyć wielkie kino. Sceny pościgów utopione w wybitnej ścieżce dźwiękowej. Pełne dosadnej przemocy kino jednocześnie korelujące z czystą miłością.
    Każda scena to mistrzostwo kadrowania i budowania klimatu. Nic dziwnego, że Refn zgarnął w Cannes nagrodę za reżyserię. Stworzył prawdziwe, hipnotyzujące cudo!

  • Avatar: Ogień i popiół

    2025
    Kino 1 mies. temu
    Świat 1 mies. temu

    Widowisko zachwyca. Ten seans to tylko kino w trójwymiarze, inaczej nie zrobi to żadnego wrażenia, tym bardziej, że Cameron pogonił w piętkę. Spodziewałem się, że tak, jak w drugiej części wykreuje całkiem nowy świat - tym razem ognia, z nowymi potworami i stworzy depresyjny klimat świata popiołu rodem z Mad Maksa. Niestety - on połączył po prostu jedynkę z dwójką i po raz trzeci stworzył taki sam film.
    Wizualnie zapierający dech jednocześnie do bólu wtórny. Mam już dość!

  • Kino noir żyje. Debiut Riana uzmysłowił mi, że wciąż są ludzie, którzy, po pierwsze czują wielki respekt do klasyki tego gatunku i potrafią zaadaptować ją do dzisiejszych czasów, a po drugie, tchnąć w to wszystko ducha nowoczesności. Pierwszorzędny kryminał, w których tchnięto koncept, by dorosłych bohaterów zastąpić młodziakami z liceum. Tu oglądamy prawdziwy dramat, w którym kilkunastolatkowie mają bagaż doświadczeń tudzież psychikę ukształtowaną jak ich dorośli odpowiednicy. Noir żyje!

  • Rozrachunek z nazistowskich zbrodni, który staje się pretekstem do rozbudowanej dyskusji o naturze dobra i zła. Nie mu tu zbrodniarzy strzelający do ludzi, ale niemiecka inteligencję, która miała stać na drodze porządku egzekwując sprawiedliwość. Co więc zawiodło?
    Kramer w swym filmie nieustannie o to pyta, ale nie zabiega o łopatologiczny przekaz natrętnych morałów – tutaj każdy z nas musi sam znaleźć odpowiedź. I choć Stanley męczy nas zbyt długim metrażem, wciąż kreśli dramat najwyższej próby

  • Norymberga

    2025
    Kino 2 mies. temu

    Maniery Maleka nie da się dłużej znosić, ale Crowe cięgnie to świetnie. Szans w starciu ze świetnym "Wokiem w Norymberdze" nie ma szans.

  • Łup

    2026
    VOD 27 dni temu
    Świat 27 dni temu

    ile coś takiego można oglądać? Grupka ludzki, wielka kasa, animozje między nimi i szukanie kreta. To już lepiej jeszcze raz obejrzeć "Infiltrację", czy reżyserskie kryminały Afflecka.

  • Rian robi to ponownie - pisze najlepszy kryminał świata, gdzie gra dosłownie wszystko - scenariusz, reżyseria, aktorstwo. Nawet najbardziej zgryźliwy tetryk nie miałby się do czegoś przyczepić. Dałbym ocenę najwyższą, bo to absolutnie półka najwyższa, ale mordercę jednak odgadłem, stąd oczko niżej.
    Agatha Christie uśmiecha się gdziekolwiek teraz jest...

  • Alexander Payne to chyba ostatni człowiek, który kręci w stylu starego Holly, trochę w stylu Franka Capry - filmy o człowieczeństwie. Gdzie każdy może być inny, ale traumy, depresja i zgryźliwość - na to cierpimy wszyscy niezależnie od wieku, koloru skóry, pozycji. Dlaczego więc nie możemy się porozumieć?
    Tercet aktorski wybitny - każdy powinien wyjść z Oscarem (wyszła tylko Randolph, Sessa nie był nawet nominowany).
    To jest właśnie film świąteczny. Zamiast durnowatego Kevina.

  • Nie jestem fanem serialu, ale i tak doceniam. Każdy odcinek (kręcony, w jednym długim ujęciu) ma przynajmniej jedną, wybitną i dewastującą psychicznie scenę. I dla tych szokujących momentów warto ten serial obejrzeć.

  • O tej serii powiedzieć można wszystko, tylko nie to, że idzie w piętkę. Dżungla-dżungla, dżungla-Nowy Jork, obca planeta, ziemia Indian (litościwie pomijam ścierwo z 2018 roku), a teraz kosmos zamieszkały przez różne stwory-potwory.
    Nawet jeśli poziom tych filmów jest różny to doceniam zróżnicowanie.
    Nowy Predzio jest zadziwiająco dobry. I choć film się w zakończeniu wykoleja (te androidy są totalnie do dupy i giną hurtem) to ta franczyza naprawdę żyje i ma się dobrze. Oby tak dalej!

  • W przeciwieństwie do dziadowskiego i silącego się na powagę "Bullet Train", do którego ten film jest porównywany, wypada znaczenie lepiej, bo niczego nie udaje.
    To B-klasowa rozrywka z debilnym scenariuszem i kuriozalnymi scenami (piła mechaniczna rządzi!). Ma być zabawnie i z przymrożeniem oka. I jest.
    Tylko po co to otwarte zakończenie? Bo druga część zapewne nie powstanie.

  • Dobry obraz PTSD.
    Nie jest to może super film, ale ma kilka mocnych scen, jak ta w szpitalu dla rannych, czy ta, gdy napruty w trzy dupy koleś, z bronią w ręku robi okop w swoim ogródku, myśląc, że wciąż jest na wojnie. Ona nie wyjdzie z mózgu nigdy. Albo zostawi po sobie twe okaleczone ciało, albo zdewastowaną psychikę. Ale obie te rzeczy...

  • Niemiecka komedyjka erotyczna, którą kiedyś oglądaliśmy na imprezie. Nawet zabawne.

  • Vince Gilligan to mój scenopisarki idol, ale po raz pierwszy poczułem się rozczarowany jego dziełem. O ile pierwsze cztery odcinki są świetne - będące połączeniem "The Last of Us", "Inwazji porywaczy ciał" i wątków Bogrów ze "Star Treka" z pierwszorzędną komedią i naprawdę wciągają, o tyle dalej serial szybko traci na siebie pomysł.
    Impet wytracił niemiłosiernie szybko. Nie widzę tu potencjału na długie lata. Panie Gilligan, zamykaj Pan to szybko!

  • Sisu: Droga do zemsty

    2025
    Kino 2 mies. temu

    Wolę pierwszą część, ale brakuje dziś tak rozkosznej, bezkompromisowej jatki z przymrużeniem oka. No i siekanie kacapów to sama miód i słodycz.

  • Od filmu ciekawszy jest aspekt pozafilmowy (choć naznaczony tragedią). Czytanie o tym, co się tam "odjaniepawliło" jest o wiele ciekawsze niż sam seans. Dziwię się, że taki spec jak Whedon postanowił poprawiać takiego koszmarka. Z gówna bicz chciał ukręcić.

  • Chaotyczny w swym wyrafinowaniu montaż, na przemian z dłuższym prowadzeniem kamery za bohaterem wśród wojennego piekła. Jednym słowem kawał świetnego kina akcji i w dodatku niegłupiego.
    Na końcu te same zdanie wypowiadane przez dwie walczące ze sobą strony. Jedni i drudzy opierają swe działania na gwałcie i przemocy i pałają do siebie nienawiścią. I potrafią się też zaprzyjaźnić.
    Więc skoro tak niewiele ich dzieli, którzy tak naprawdę są gorsi? Czy może – którzy lepsi?

  • Laska pokryta złotą farbą.
    I prekursor Kung Lao.
    Finał co prawda kiepski, ale nie można mieć wszystkiego.

  • Sympatyczny.
    "Nie stworzyłem Niezapominatora. Pamiętałbym o tym."
    Ale fabułą mogli napisać ciut lepszą.

  • Wychowywałem się na kreskówkach pod koniec lat 80 i 90. Na koniec lat 2000 nadszedł mój koniec z Cartoon Network (w latach 90 uczyłem się z nich angielskiego).
    Ale Fineasz i Ferb to jedynka kreskówka (obok Wodogrzmotów Małych), którą namiętnie oglądałem będąc już dorosłym. Bo jest świetna!
    Hej! Gdzie jest Pepe?
    Fantastycznej roli Wojciecha Paszkowskiego, jako Dundersztyc składam hołd. Za szybko odszedłeś mistrzu. Może nie miałeś "dobrej dętki"?

  • Jestem Aguirre i zburzę stary, nieuporządkowany świat.
    Odnajdę mityczną krainę i zbuduję utopię stając się królem świata. A póki co, płynąc w nieokiełznaną rzekę, będącą otchłanią, pulsującego życiem nieokiełznanego świata jest królem małp. Może tylko na tyle zasługuję, może popełniłem błąd zapuszczając się w nieznane, burząc boską harmonię. Gniew Najwyższego mnie dopadł. Ale i tak dopnę swego, przezwyciężę Twój gniew i dotrę do serca Twego królestwa.
    Bom Aguirre…

  • Poetycki klimat, którym van Dormael się posługuje, by przybliżyć nam zamknięty świat upośledzonych ludzi, od których zwykły człowiek stara się izolować. Mawiał, że ich świat przypomina coś na kształt dziwacznego cyrku, którego zwykli widzowie (czyli my) możemy nie rozumieć. To świat, który przenika nasz, ale zwykli ludzie jak mogą starają się go unikać. Czego się boją? Inności?
    A może czystości umysłu nieskalanego złą myślą, która staje się drzazgą w oku innych ludzi męczących się w cierpieniu?

  • Mike Nicholas to gwarancja dobrego kina. Nie inaczej jest tym razem. Komedia to bowiem, nie tyle arcyśmieszna, co wyjątkowo inteligentna i ironiczna, co już jest mistrzowskim połączeniem, tym bardziej, że wszystkie elementy współgrają ze sobą idealnie.
    Gej pod ręką z drag queen wyprawiają obiad konserwatywnemu kongresmanowi będący ostoją amerykańskiego purytanizmu – rewelacja, nieprawdaż? Co z tego ostatecznie wyniknie – sprawdźcie sami!
    Świetna komedia.

  • Twórcom filmu należy się pięć minut braw za niezły pomysł i godzina biczowania za jego zmarnowanie.
    Temat zniewolenia ludzkości był już w kinie eksploatowany do znudzenia, pomysł by to wampiry stały na szczycie łańcucha pokarmowego uznać należy za trafiony. Szkoda tylko, że wszystko to dość szybko ulega rozproszeniu na rzecz typowej mesjanistycznej pierdoły o ocaleniu ludzkości podrasowanej kilkoma wiadrami krwi wylewanymi na kamerę.
    Choć kilka scen zostało zainscenizowanych dość przyzwoicie…

  • Pomysł zaiste niezły – bohaterka budzi się w czasach PRL i próbuje odnaleźć się w nowej-starej rzeczywistości układając swoje życie, naprawiając przy okazji stare błędy.
    Sytuacja wyjściowa daje ogromny potencjał, ale jej oryginalność kończy się na pozorach – reszta to już zwyczajna komedyjka romantyczna (zupełnie nieśmieszna), w zmienionym tle (Machulski wypuścił na ulice kilka starych samochodów, a operator zastosował odpowiedni filtr – ot cała różnica w świecie AD 1987, a tym AD 2000).

  • Szaleniec, czy geniusz? Może te dwie osobliwości tworzą portret Davida Helfgotta (w interpretacji genialnego Geofreya Rusha) – człowieka, który uciekł do zamkniętego świata sztuki i przez całe życie stara się przebijać do tego normalnego?
    Coś niezwykłego.
    Dorosły David wchodzi do baru, a wszyscy z niego drwią, uznając go za upośledzonego dziwaka i wariata. Nagle David zaczyna grać na pianinie – głosy milkną, już nikt się nie śmieje. David nie jest już szaleńcem, jest już geniuszem.

  • Kosmicznej podróży pod pieczą Picarda część ostatnia.
    Z jednej strony chyba najbardziej emocjonująca, napakowana akcją, ale także zachowująca swój spokojny rytm, będący elementem rozpoznawczym serii. Nawet jeśli historia momentami epatuje dziwnymi rozwiązaniami, a w finale raczy nas szantażem (śmierć jednego z członków załogi) to jednak film i tak wychodzi na tym zwycięsko, bo fanów Enterprise z pewnością porwie.
    I pewnie tylko ich.
    Dobre zakończenie kosmicznej podróży.
    Ad astra!

  • Kosmicznej wędrówki ciąg dalszy.
    Ta część ma w zasadzie wszystko co stało się znakiem rozpoznawczym serii i pod tym względem nie zawodzi, z drugiej strony nie wyłamuje się ponad ustalone ramy sagi.
    Nastąpił za to znaczny fik w sferze wizualnej (to był najdroższy ze wszystkich Treków) – tutaj cała kosmiczna wędrówka została wygenerowana komputerowo i trzeba przyznać, że gwiazdy i wszystkie mgławice jeszcze nigdy tak pięknie nie wyglądały. Ad astra!

  • Ósemka kiedyś mnie nie porwała.
    Synkretyzm gatunkowy męczy. W swym rozchwianiu między dramatem, a komedią kosmiczna przygoda w tej odsłonie mnie rozdrażniła.
    Twórcy prowadzą narrację dwutorowo. O ile dramatyczna część filmu na Enterprise ma zarówno tempo jak i psychologiczne zacięcie (vide zabicie przez Picarda członka załogi zainfekowanego przez Borga), o tyle druga (o gościu lubiącym pociągnąć z butelki, którzy ma przekroczyć prędkość dźwięku) męczy.
    Po latach tą część doceniłem bardziej.

  • Swoiste przejście między starą a nową generacją.
    Ktoś, kto miał wcześniej już styczność z serialem „Star Trek: The Next Generation” (w latach 90 chłonąłem go niczym gąbka wodę), z pewnością łatwiej się przestawi na nową załogę Enterprise.
    Co prawda nie podoba mi się nachalne wplątanie w to wszystko Kirka w zakończeniu tej wyprawy, choć zdaję sobie sprawę, że to swoisty ukłon w stronę fanów starej brygady.
    Legenda żyje!

  • Po marnej piątce mocne odbicie od dna.
    Kosmicznej przygody na wysokim poziomie ciąg dalszy. Jak trudno utrzymać pokój, jak o niego walczyć i jak wznieść się ponad wszelkimi podziałami.
    Film z duszą, sięgający piękna w nastrojowym pożegnaniu ze starą ekipą w zakończeniu filmu (właśnie za nie, dodałem do końcowej oceny jedną gwiazdkę).
    Pewna era się kończy, by inna mogła mieć swój początek.

  • Wyróżnienia Złotymi Malinami za najgorszy film roku i najgorszych aktorów z pewnością nie są dobrą rekomendacją.
    To najgorszy epizod z całej 10-częściowej sagi, choć nadal gdzieś w tym marazmie prześwitują promienie słońca starego dobrego Star Treka.
    Shatner za sterami reżysera pozazdrościł chyba lekkiemu klimatowi rodem z czwórki, który tu zupełnie się nie sprawdził. To wędrówka po kosmosie pełna infantylizmu i dziecinnych zachowań bohaterów przypomina drogę przez mękę, (mizerne, mdłe gagi).

  • Gdy pierwszy raz oglądałem film w latach 90 nie nastroił mnie pozytywnie. Wynudziłem się, a po seansie miałem uczucie zmarnowanego czasu. Dzisiaj moje odczucia są zgoła inne, choć niesmak pozostał.
    Zmieniona formuła popchnęła Star Treka na inne tory, okleiła to komediową konwencją o zderzeniu cywilizacji przyszłości z teraźniejszością, co mi się nie podoba. Zamiana kosmicznej wędrówki na wałęsanie się po powierzchni Ziemi jest słabe, tym bardziej, że główna oś fabuły (humbak!) jest dość marna.

  • Prawdopodobnie moja ulubiona część sagi!
    Emocjonowała mnie kiedyś, porwała mnie później, porwie i jutro.
    Raz, że powraca Spock (stopniowo, to stopniowo), dwa, że pojawiają się Klingoni (z najbardziej zadziornym dowódcą w historii serii), którzy dają mocnego kopa produkcji.
    Science–fiction z wyższej półki, a kinowy Star Trek ani wcześniej, ani później nie będzie chyba aż tak dobry jak teraz (choć można z tym twierdzeniem oczywiście polemizować). Klasa!

  • Pierwsza część była kinem fantastyczno-naukowym
    Druga przeszła metamorfozę, słowo „naukowe” poszło w niepamięć, postawiono na czystą fantastykę i akcję.
    I wcale nie wpłynęło to negatywnie na produkcję. To wciąż ten sam, niezapomniany klimat wędrówki po krańcach wszechświata, może nieco bardziej obarczonej akcją, ale wciąż fascynującej, zarówno obrazem, jak i galerią postaci, z którą nie sposób sympatyzować. Jakby nie patrzeć jedna z najbardziej lubianych przez widzów część sagi.
    Khaaaaaaan!

  • Jedynka jest pięknym kinem fantastyczno-naukowym, w swym gatunku naprawdę znakomitym, choć dla większości widzów produktem zwyczajnie nudnym (ja zawsze zaliczałem to na plus, bo jest trekki, a "świetlówek" nie znoszę).
    Rzecz zbliżona do "2001: Odysei Kosmicznej" (jak kopiować od od arcydzieła), czy idei transhumanizmu, która po latach wciąż jest ciekawa i nadająca się do interpretacji.
    Piękna przygoda. Ad astra!

  • Wielka powódź

    2025
    VOD 1 mies. temu
    Świat 1 mies. temu

    Najciekawsze w tym filmie jest to, że wcale nie opowiada o tym, o czym myślisz.
    Dystopijne połączenie wątków gry "Horizon: Zero Dawn" z niektórymi odcinkami Black Mirror. Może to i wtórne. Ale całkiem fajne.

  • Jedno z najpiękniejszych doznań kinowych.
    Widziałem w kinie trzy razy - wtedy zachwycałem się obłędna stroną techniczną (3D).
    Późnej już na mniejszym ekranie (pięć kolejnych seansów) zawsze widziałem walkę o życie, w krańcowej beznadziei.
    O swe życie warto walczyć do końca. I to jest sedno filmu.
    Piękna opowieść o walce.
    A kosmos jest piękny. I zabójczy jednocześnie!

  • Sydney? Hard Eight?
    A po polsku "Ryzykant".
    Nie miał szczęścia w swym debiucie Paul Thomas Anderson do wytwórni - nie tylko zarżnęli mu tytuł, to jeszcze przemontowali mu film. A zakończenie zostało całkowicie zmienione.
    Czy prawdziwe, do bólu pesymistyczne, zostało w ogóle nakręcone?
    Dobry debiut, szkoda, że nieco przycięty przez wytwórnię.