Marti
Użytkownik-
Całkiem fajny ale nie za sprawą scenariusza Shannona & Swifta tylko sprawdzonych metod rozśmieszania jakie stosuje stary, dobry Raimi - gdy tylko wjeżdża ten jego specyficzny czarny humor z dużą ilością czerwonej farby i innych obrzydliwości.
-
Gdy za oknem typowo zimowa aura warto odpalić sobie "Coś". Kiedyś uznałem go za film nudny, dziwaczny i zanadto obrzydliwy, dziś niepokoi mnie jego paranoiczny klimat oraz sam koncept walki z wrogiem nie tyle zewnętrznym co wewnętrznym.
I choć wciąż można się krzywić z obrzydzenia na niektóre efekty to jednak nie sposób nie docenić magii ich praktycznego zastosowania. Coś wspaniałego. -
To jest gorsze niż ustawa przewidywała. Spodziewałem się że Gans postawi na klimat i jako tako w tym względzie nie zawodzi ale cóż z tego skoro cała reszta jest zrobiona bez krzty dbałości o cokolwiek ,w rezultacie mamy tu do czynienia z nijakimi postaciami, nie trzymającą się kupy historią, potworami jak z jakiejś tandetnej kreskówki, sztucznymi i zupełnie nie strasznymi a do tego zerowym napięciem i kompletną nudą. Gans zrobił to o niebo lepiej w 2006.
-
Ciekawa, bardziej kontemplacyjna część serii prawie wyzuta z wszelkich trików montażowo operatorskich w których lubował się Boyle (to zaleta choć może też być odbierana przez poniektórych jako wada) Fiennes i O'Connell są absolutnie wybitni w swoich rolach, zaś diaboliczny spektakl z muzyką Iron Maiden pod koniec ...tego nie da się opisać słowami.
-
Antyświąteczny horror ze szczyptą chińskich wierzeń demonologicznych i elementami gore (w łagodniejszej formie ale jednak), który chce być jednocześnie filmem dla najmłodszych ...taka kombinacja musi budzić wątpliwości.
-
-
Widowisko ładne i porywające przez ileś tam minut, jednakże potem wkrada się już monotonia i Cameron zaczyna zrzynać z samego siebie serwując odgrzewane kotlety. Na in plus świetna antagonistka ale i jej postać zostaje potraktowana po macoszemu. Dla dobra tej serii, niech to będzie już finito.
-
Ci którzy narzekali na nudę w "Prey" nie powinni zbytnio kręcić nosami w tym względzie bowiem akcji i spektakularnych potyczek w 'Badlands' nie brakuje. To kawał rozrywkowego kina sci fi pełnymi garściami czerpiącego z gier, komiksów oraz obrazów Camerona. Jasne że fani oryginału będą zrzędzić bo diabeł zbierający trofea z ludzkich czaszek został tu sprowadzony do poziomu wzbudzającego sympatię bohatera pierwszego planu ale mnie to jakoś nie irytowało szczególnie mocno. Świetna Fanning!
-
8.58 listopada 2025
- 1
- Skomentuj
-
-
Del Toro ma rękę do filmów o potworach, to mu trzeba zostawić, jego gotycka baśń to piękna i poruszająca opowieść o dramacie odrzucenia i bólu samotności oraz poszukiwaniu miłości i akceptacji. Wizualnie zachwyca a i aktorsko stoi na przyzwoitym poziomie. Było już tych ekranizacji sporo ale ta jest wyjątkowo ładna. Polecam.
-
Gdyby do tej feerii neonowych świateł i dźwięków muzyki NIN dodać intrygującą fabułę oraz postacie z krwi i kości to mielibyśmy do czynienia ze spektaklem urzekającym ,emocjonującym i zapadającym w pamięć a tak pozostaje po seansie jedynie pustka.
-
Konwencjonalna historia zemsty oprawiona wizualną psychodelią do kwadratu - cudne WTF Experience a jeśli chodzi o Cage'a to nigdy nie był lepszy w portretowaniu czystego obłędu. "Mandy" albo się pokocha albo znienawidzi, ja zostałem zahipnotyzowany.
-
Jedna wielka psycho drama, odegrana niemalże po mistrzowsku, intrygująca i odpowiednio klimatyczna chociaż miejscami też nieco dezorientująca. Bardzo dobry DiCaprio a zdjęcia rewelacyjne.
-
Carpenter w szczytowej formie, stylistycznie inspirowany klasycznym westernem "Rio Bravo" (ulubionym obrazem reżysera nawiasem mówiąc), znakomicie budujący napięcie i klimat osaczenia. Wartkie kino ,wypełnione akcją i okraszone znakomitą ilustracją muzyczną. Polecam.
-
Najlepszy z filmowej serii o wysłannikach piekła, odrażający jak na porządny body horror przystało i przerażający w kwestii ukazania tego do czego zdolny jest człowiek w imię rozkoszy cielesnej. Efekty charakteryzatorskie godne Oscara.
-
Wprawdzie nie podzielam przekonań Muldera (bardziej schylam się ku tej nieco sceptycznie nastawionej Scully w tym względzie) w kwestii UFO i innych zjawisk paranormalnych, niemniej serial Cartera oglądałem i nadal oglądam z niemałą ciekawością, może to właśnie dzięki temu jak świetnie przedstawiono tu konflikt poglądów, ale też dzięki klimatycznej oprawie audio wizualnej ,umiejętnie budowanemu napięciu oraz całej masie innych dobrodziejstw.
-
8.511 września 2025
- 1
- Skomentuj
-
-
Całkowicie zbędny sequel, który ośmiela się podważać optymistyczny wydźwięk "Dnia sądu" to raz, a dwa, postanowiono wprowadzić do serii humor, który kiepsko się sprawdza w zestawieniu z tematyką nuklearnego holokaustu. Zdecydowanie brakuje też temu filmowi rozmachu i emocjonalnej głębi dylogii Camerona. Plusik dla Arniego i tylko dla Arniego.
-
Niewiele być może nowego wnosi do tej dobrze już znanej i wyeksploatowanej przez kino opowieści o wampiryzmie i pożądaniu, co najwyżej ubogaca ją zarówno pięknymi jak i brzydkimi detalami to tu, to tam - tak czy owak seans "Nosferatu" warty jest zachodu choćby tylko dla tych nieziemskich kadrów oraz aktorskiego popisu Skarsgård & Depp. No i koncepcja Erosa i Tanatosa została tu pięknie uchwycona ,zwłaszcza w końcowych scenach.
-
Fajny, zgrany ekranowy duet macho i jeden świetny one-liner za drugim (choć stanowczo przesadzono tu z ich ilością). O fabule i jakiejkolwiek logice można zapomnieć ale jako bezmózgowa rozrywka nadaje się w sam raz.
-
W pełni samoświadoma reinwencja klasycznego slashera z 1984 roku, umiejętnie łącząca stare z nowym a co najważniejsze najbardziej przerażająca (Freddy jako personifikacja zła znów budzi strach) odsłona tej serii od czasu kultowej jedynki.
-
Apokalipsa według Johna Carpentera czyli coś w rodzaju King spotyka Lovecrafta. Klimatyczne i momentami niepokojące (zwłaszcza wątek czarnego kościoła) ale niestety niestraszne (potwory z siekierami są tylko odrażające) a w dodatku pozbawione napięcia. Ten film trzyma właściwie głównie Sam Neill i dla niego oraz tej specyficznej onirycznej atmosfery warto.
-
Tego co się wyczynia w "Maglownicy" nie widzieli chyba nawet najbardziej zaprawieni w boju egzorcyści. Film Hoopera jest tak karykaturalny że ciężko go brać na poważnie. Sporo kampu ,krwi i głupotek. Tylko dla koneserów.
-
Dużo mówi o lękach, konfrontując bohaterów z ich najgorszymi koszmarami tkwiącymi w podświadomości (i na tym polu sprawdza się znakomicie). Gorzej wypada natomiast jako horror. Twórcy sięgają bowiem po metody wywoływania gęsiej skórki stosowane w parkach rozrywki (Dom strachu), z uwagi na grupę docelową staram się jednak nieco przymykać na to oko. Klimaty rodem ze "Stand By Me" świetne.
-
Bardziej skręca z obrzydzenia niż bawi. Dan Aykroyd powinien się uczyć od Sonnenfelda (Rodzina Addamsów) jak się robi czarną komedię o ekscentrycznej rodzince z piekła rodem.
-
Portret mrocznej strony Ameryki nękanej postwietnamskimi traumami, niepokojące, brutalne (choć nie epatujące nadmiernym okrucieństwem) i pokręcone kino - wątki kanibalistyczne ,które nawiązują do prawdziwych wydarzeń (Ed Gein się kłania) budzą zaś autentyczną grozę. Klasyka w swoim gatunku.
-
Niespójny narracyjnie, aktorsko nierówny a finał zaś nieznośnie ckliwy i pompatyczny ale za to sceny z efektami pirotechnicznymi to mistrzostwo świata.
-
Gdy za sterami bolidu zasiada charyzmatyczny Pitt ,za kamerą stoi Joseph 'TG2' Kosinski a w czołówce pojawia się logo 'A Jerry Bruckheimer Production' to można być pewnym tego że czeka cię jazda bez trzymanki i solidna dawka adrenalinki. Przekozacki to film, stojący na wysokim poziomie pod względem technicznym (montaż i dźwięk to istna perfekcja). Jedynie scenariuszowo kuleje (banał i schematyzm) ale nadrabia to pędem i widowiskowością.
-
Dopóki Robina grał Michael Praed (miał chłop charyzmę) serial trzymał fason ale jak tylko zastąpił go bezbarwny Connery to czar prysnął. Oczywiście zdarzały się i w miarę dobre odcinki, nie powiem że nie ale pierwsze dwa sezony uważam za najlepsze. Nie mogę również nie wspomnieć o fantastycznie zagranym duecie (de Rainauld & Sir Guy z Gisburne w interpretacji Nickolasa Grace'a i Roberta Addie), klimacie oraz muzyce zespołu Clannad.
-
Nie przekonuje mnie sposób w jaki usiłuje rozśmieszać Bobcat, chodzi o ten jego idiotyczny, wyjątkowo irytujący grymas ale koń ,któremu osobowość nadał nie kto inny jak sam John Candy (niech mu ziemia lekką będzie) jest fajowy, a niektóre z jego żarcików słownych naprawdę udane. Wolę więc konika od komika. Ocena trochę na wyrost głównie z sentymentu (wiadomo czasy vhs).
-
Wprawdzie postacie i łączące ich relacje oraz sama złożoność świata przedstawionego zostały nieco spłycone w stosunku do powieściowego oryginału (ale to częsty zarzut kierowany pod adresem twórców adaptujących jakiś literacki utwór, trudny do przełożenia na język filmu) ,to jednak muszę stwierdzić że od czasu LOTR nie widziałem czegoś równie oszałamiającego wizualnie.
-
Cronenberg w "Musze" poddaje wrażliwość widza (i jego żołądek) ciężkiej próbie więc spożywanie posiłku w trakcie seansu jest wykluczone. To jeden z najbardziej przejmujących filmów obrazujących (i to w sposób dosadny) przemianę, którą można interpretować jako chorobę i jej ponure konsekwencje łącznie z utratą człowieczeństwa. Świetny Goldblum a charakteryzacja wręcz mistrzowska. Jak już się brać za remake to właśnie w taki, twórczy sposób.
-
"Góra Dantego" (adekwatna nazwa) czerpie z tradycji filmów katastroficznych z lat 70. zachowując wierność gatunkowi ,choć cierpi na pewne uproszczenia ,skróty i nieścisłości (pewne rzeczy związane z wybuchem wulkanu są ukazane w sposób nierealistyczny). Postacie też są oczywiście płaskie ale twórcom dobrze wychodzi trzymanie widza w napięciu do momentu erupcji a ta ,gdy już do niej dochodzi wypada całkiem spektakularnie.
-
Czasami bywa i tak, że musi coś pierdyknąć i to zdrowo (a chociażby i wulkan) aby zniknęły uprzedzenia rasowe (Śmiech). A tak na serio, pomijając wszelkie nieprawdopodobieństwa i absurdy łącznie z tym że ni stąd, ni zowąd stożek wulkaniczny wyrasta w samym centrum LA jest to całkiem znośne choć stereotypowe kino katastroficzne. Dodatkowy plusik za muzykę Silvestriego, skutecznie podgrzewa atmosferę.
-
Wprawdzie Terminator nie potrzebował sequela (był bowiem dziełem samowystarczalnym) ale Cameron znalazł sposób na rozbudowanie historii. Jego "T2" to nie tylko imponujące osiągnięcie techniczne (w tamtych czasach rewolucyjne) stanowiące przykład modelowego kina akcji z elementami SF ale również poruszająca opowieść traktująca o ludzkich uczuciach, odkupieniu i walce z przeznaczeniem. Pierwszy i ostatni zarazem tak świetny sequel, który trzeba przyznać bardzo szlachetnie się zestarzał.
-
"MM2" to już postapo pełną gębą, które bije jedynkę na głowę pod względem rozmachu (właściwie to pod każdym względem). Większy budżet bowiem zrobił swoje i pozwolił Millerowi zaszaleć, dosłownie. Sequel jest dynamiczniejszy i o wiele bardziej spektakularniejszy (sceny pościgów wgniatają w fotel), ogólnie rzecz biorąc wszystkiego jest więcej (może poza dialogami bo te nadal są dość ograniczone), humoru, szaleństwa i klimatu.
-
Przerysowane, w pewnym sensie komiksowe kino (widać bowiem charakterystyczny styl czerpiący z estetyki historyjek obrazkowych) ubrane w łachy westernu z gorącą jeszcze wtedy jak diabli Sharon Stone. Sergio Leone przewraca się w grobie? Być może ale mnie się podobało.